

Po wczorajszym marszu, myśleliśmy, że nasze organizmy dostosowały się do wymagań klimatu. I pewnie tak by było, gdyby nie jeden znaczący fakt. W oczekiwaniach stopnia trudności naszych trekkingów napisałem od 5-6. Przeszliśmy już z namiotem Kambodżę, Gruzja w maju też nie była łatwa, a przecież to tylko spontaniczne skojarzenia. W nogach mamy o wiele więcje. Okazuje się, że nasze wyobrażenia szły w dobrym kierunku, ale wiązały się albo w upale i marszu po płaskim, albo w znośnym klimacie i pod górkę. Tutaj, nad rzeką Lech, mieliśmy upał, parność i pionową górkę – wszystko w pakiecie. Zaczęło się niewinnie od spotkania z lokalnym przewodnikiem w kaloszach. Spojrzał na nasz sprzęt z uznaniem i zapytał, gdzie mamy kalosze. My, że oczywiście z żadnymi kaloszami tu nie przyjechaliśmy. Okazuje się, że po drodze czają się nasze przyjaciółki pijawki i z kaloszy najlepiej się je strząsa. Miał na szczęście alternatywne rozwiązanie – polaliśmy się Tiger Balsamem, na które pijaweczki mają alergię i prawie ze śpiewem na ustach ruszyliśmy.
Przez pierwszą godzinę szlak prowadził szerokimi łukami i właśnie, gdy zaczęlismy się niecierpliwić, gdzie jest nasz stopień trudności 5-6 nasz Chak, bo tak nazywa się przewodnik, skręcił ostro w lewo prosto w dżunglę. I od razu pionowo, duszno i jeszcze bardziej gorąco. To tak, jakby wspinać się na skałkach w Poznańskiej Palmiarni. Sprawy miały się nawet jeszcze gorzej, bo byliśmy zmotywowani czasem. Wieczorem odjeżdżał nasz pociąg do Hanoi, a droga na dworzec daleka – 100 km wietnamskimi bezdrożami, w porywach asfaltowymi. Po 200 m prawie pionowego marszu, okazało się , że pion może być jeszcze bardziej pionowy. I śliski. Nocne deszcze rozmyły grunt i każdy nieuważny krok groził slalomem gigantem na błocie. Zaliczając kilka takich slalomów, każdy kolejny stawał się mniej śmieszny.
Po dwóch godzinach weszliśmy w strefę ” reglową” i zaczęło być nieco chłodniej, powiedzmy, względnie chłodniej. Nad nami szczelnie rozpościerał się gaj bambusowy i kardaminowy, dający szansę na głębszy oddech. Ale wraz z głębszym oddechem pojawiła się lokalna góralka, która podążała za nami od bazy. ” Mister, Mister, please buy” – i odsłaniała zawrtość wielkiego kosza, który dźwigała na plecach. To podobno stary numer, tak długo idzie za Tobą, aż w końcu coś kupisz. Ale nie my! My prowadzimy akcję edukacyjną, nie cygań i pracuj – i za żadne skarby nie chcieliśmy nic kupic. Produkty Made in China – dodam dla jasności. Skończyło się tym ,że kobieta szła za nami na sam szczyt i po ponownej odmowie, soczyście nam zwymyślała 🙂
Dotarliśmy na szczyt nakręcani wizją, ze mozemy spoźnić się na pociąg.Maszerowaliśmy zatem w tempie, którego przewodnik nie przewidział i mogliśmy pozaprogramowo odpocząć w szkole wiejskiej, 300 m pod szczytem. Nasz Mount ma dwie twarze – jedna to dżungla i skwar, a druga to podjazd motorkiem od drugiej strony. Prawie jak nasze Rysy, od polskiej strony wdrapujesz się ostanimi siłami, a od słowackiej możesz prawie dojechać rowerem.
Nasza górka ma niecałe 2000 m lecz naprawdę jesteśmy z siebie dumni. Zeszliśmy drogą dla motorków. Dzięki zaoszczędzonemu czasowi, mogliśmy w drodze na pociąg zatrzymać się w lokalnym Zakopanym – Sapa, skąd załączam parę fotek.
A potem już tylko dworzec i nocny pociąg do Hanoi, wcale nie taki tragiczny, jak sobie to wcześniej wyobrażaliśmy…


















































