Od naszego ostatniego miejsca nie jest to baardzo daleko, ale zważywszy na różną jakość dróg od takich jak ta

do takich jak ta …

długość podróży jest raczej mało przewidywalna. Zjechaliśmy z trasy kilka razy, żeby zobaczyć przydrożne miasteczka. Jedno z nich, Tulbagh, jest miejscem, do którego chciałoby się wrócić.
Kontekst historyczny jest taki. Mniej więcej w tym samym czasie, który Żeromski opisywał w „Rozdziobią nas kruki i wrony”, gdy nasi dumni polscy przodkowie zdzierali poległym powstańcom styczniowym buty, tutaj, na końcu świata, oświeceni protestanci z Holandii, hugenoci z Francji zakładali winnice i obsiewali pola. Żeby przetrwać musieli współpracować. A u nas w tym samym czasie … sami zresztą wiecie …
Efekty tej współpracy to setki tysięcy hektarów winnic i zbóż. Miasteczko, w którym dzisiaj byliśmy przetrwało wszystko, ale nie trzęsienie ziemi w 1969r, które wchłonęło w siebie gruzy ponad dwustuletniej historii. Szczęśliwe udało się odbudować jedną z ulic, która dzisiaj pokazuje dobrobyt tamtych czasów.



Zmęczeni i głodni, ale pod wielkim wrażeniem, dojechaliśmy do naszej kolejnej farmy.
Kategorie: South Africa














































