Postanowiliśmy oczyścić ciała, serca i umysły i poszliśmy do bani o piekielnym zapachu siarki. Można się i do piekła przyzwyczaić, stąd po jakimś czasie przyszła nam myśl, aby doprosić do naszej grupki masażystkę, którą zachwalała banja-mama, królująca w recepcji. Okazało się, że mimo wielkiego progresu naszego rosyjskiego w ostatnim tygodniu, raczej tylko chcieliśmy usłyszeć słowo masażystka. W drzwiach stanął atletyczny Gruzin, prawdopodobnie jeden z olimpijczyków w podnoszeniu ciężarów. Było jednak za późno na protesty. Gruzin porozumiewał się z nami za pomocą charakterystycznych klepnięć o sile młota, gdy oczekiwał, że któryś z nas ma przejść z pleców na brzuch. Myślę, że ślady klepnięć zejdą nam po tygodniach. Ciąg dalszy przedstawienia to ścieranie skóry ryżową rękawicą a w ślad za tym przygniatanie, wygniatanie i walenie we wszystkie nasze tkanki i pozostałości mięśni…Gdy odzyskaliśmy przytomność prawie mogliśmy oglądać nasze szkielety. Wszelkie warstwy skóry zostały na wielkiej ryżowej rękawicy. Lecz warto było – nasze serca i umysły odzyskały jasność i siłę. 🙂
Kategorie: Gruzja















































