Zaczęło się niewinnie. Po występie młodych spadkobierców lokalnego folkloru, gospodyni zaprowadziła nas na kwaterę. Adalbertowi i mi przypadł apartament z dwoma osobnymi łóżkami. Jak się dowiedzieliśmy, wszystie meble zostały wyprodukowane przez rodzinę lub sąsiadów. Obowiązują specjalności – cieśla od stołów i krzeseł nie produkuje łóżek i szaf. O pomysłowych producentach schodów nawet nie wspomnę – jeszcze teraz mocno trzyma mnie w żelaznym uchwycie mieszanka zdumienia i podziwu. Zresztą zobaczcie sami
Okazało się, że nasza Maja, oprócz siebie miała też dwie inne hazjajki, które pomagały w przyrządze iu kolacji. Zerknąłem do kuchni i z pewnym zdziwieniem zapytałem,czy spodziewamy się jeszcze batalionu wojska. Ilości przygotowywanej strawy wskazywały, że z pewnością nie jesteśmy jedynymi gośćmi w gospodarstwie. Maja tylko spojrzała na mnie i wszystko już wiedziałem. Nie tylko postawiłem gospodynię w stan wyższego zakłopotania, ale i wszedłem nie na swój teren, poddając jednocześnie w wątpliwość sens życia – przyjęcia gościa w swoje progi. Jedno spojrzenie, a tyle wiedzy. Ta lekcja miała mi towarzyszyć już na dłużej, a pierwsze efekty nie kazały na siebie długo czekać. W czasie kolacji trwałem, podobnie jak i moje towarzysze podróży w dyscyplinie, powiedzmy, żywieniowo-trunkowej. To nie mogło się dobrze skończyć.
To co widzicie powyżej to tylko początkowa faza kolacji i tylko część zastawionego stołu. Późniejsze zdjęcia są już bardzo niewyraźne, ale nie ze względu na usterki sprzętu foto, lecz na postępującą niedyspozycję operatora. A wszystko bprzez dwa dzbanki. W zasadzie powinny zawierać w sobie kompot, ale w Gruzji wszystko jest radośniej inaczej – w dzbankach, a raczej dzbanach było białe i czerwone wino. Smakowało jak lekki kompocik, stąd bez żadnych skrupułów przelaliśmy zawartość naczyń do naszych żołądków. Wtedy jeszcze nie zwracałem uwagi na wstrzemięźliwość Marcina w bezkrytyczne napełnianie szklanek. Może był zmęczony po podróży. Wkrótce miało się okazać, że przemawia z niego przede wszystkim doświadczenie…
W niewidzialny sposób Irina i Maja zakradały się i zmieniały talerze, dokładały do półmisków, dolewały wina. Wyglądało to tak, jakby dyshonorem domu miałyby być naczycia, z których wyłaniają się milimetry kwadratowe pustej, nie zapełnionej przez ryby czy mięsiwo powierzchni. Niestety ta prawda dotyczyła także pustych kielichów. Zmieniła się takżemoja definicja czy postrzeganie, co jest puste. Otóż u naszych gospodarzy, puste oznacza nie nalane do brzegu pucharu, bo kieliszek to nie był to na pewno. Tyle wspólnie z Adalbertem jeszcze pamiętamy.
W pewnym momencie z altany w ogrodzie odezwał się akordeon z towarzyszeniem bębna. Okazało się, że gospodarze i sąsiedzi spożywali alternatywną kolację. A jak się najedli to zaczęli śpiewać i grać. To w sumie składa się na jakiś logiczny obraz.
I tu zaczęły się schody. Okazało się, że po spożyciu dwóch dzbanków takiego prawie kompotu, nogi przestały z sobą współpracować. Co nie oznacza, że odmówiły dyspozycji. Po prostu straciły kontakt z ośrodkiem dyspozycyjnym, gdzieś w mózgu, jeśli tego wieczoru w ogóle go mieliśmy, i maszerowały sobie jak chcą. W jakiś cudowny sposób doszliśmy jednak do altanki, co możemybudokumentować zdjęciami poniżej.
Oczywiście nie mogło zabraknąć tamady, naszego mistrza ceremoni. To on wznosił toasty, zachęcał do ucztowania. Do końca supry utrzymywał rzytomoność. Podobno, o tak nam już opowiadano nazajutrz…
Następnego dnia udało nam się dostrzec ukryte, piękne zakamarki gospodarstwa i zrobić wspólne zdjęcie z gospodarzami.
Kategorie: Gruzja
























































