Gruzja

W gościnie u gospodarzy

Zaczęło się niewinnie. Po występie młodych spadkobierców lokalnego folkloru, gospodyni zaprowadziła nas na kwaterę. Adalbertowi i mi przypadł apartament z dwoma osobnymi łóżkami. Jak się dowiedzieliśmy, wszystie meble zostały wyprodukowane przez rodzinę lub sąsiadów. Obowiązują specjalności – cieśla od stołów i krzeseł nie produkuje łóżek i szaf. O pomysłowych producentach schodów nawet nie wspomnę – jeszcze teraz mocno trzyma mnie w żelaznym uchwycie mieszanka zdumienia i podziwu. Zresztą zobaczcie sami

20120502-093242.jpg

Okazało się, że nasza Maja, oprócz siebie miała też dwie inne hazjajki, które pomagały w przyrządze iu kolacji. Zerknąłem do kuchni i z pewnym zdziwieniem zapytałem,czy spodziewamy się jeszcze batalionu wojska. Ilości przygotowywanej strawy wskazywały, że z pewnością nie jesteśmy jedynymi gośćmi w gospodarstwie. Maja tylko spojrzała na mnie i wszystko już wiedziałem. Nie tylko postawiłem gospodynię w stan wyższego zakłopotania, ale i wszedłem nie na swój teren, poddając jednocześnie w wątpliwość sens życia – przyjęcia gościa w swoje progi. Jedno spojrzenie, a tyle wiedzy. Ta lekcja miała mi towarzyszyć już na dłużej, a pierwsze efekty nie kazały na siebie długo czekać. W czasie kolacji trwałem, podobnie jak i moje towarzysze podróży w dyscyplinie, powiedzmy, żywieniowo-trunkowej. To nie mogło się dobrze skończyć.

20120502-094052.jpg

To co widzicie powyżej to tylko początkowa faza kolacji i tylko część zastawionego stołu. Późniejsze zdjęcia są już bardzo niewyraźne, ale nie ze względu na usterki sprzętu foto, lecz na postępującą niedyspozycję operatora. A wszystko bprzez dwa dzbanki. W zasadzie powinny zawierać w sobie kompot, ale w Gruzji wszystko jest radośniej inaczej – w dzbankach, a raczej dzbanach było białe i czerwone wino. Smakowało jak lekki kompocik, stąd bez żadnych skrupułów przelaliśmy zawartość naczyń do naszych żołądków. Wtedy jeszcze nie zwracałem uwagi na wstrzemięźliwość Marcina w bezkrytyczne napełnianie szklanek. Może był zmęczony po podróży. Wkrótce miało się okazać, że przemawia z niego przede wszystkim doświadczenie…

W niewidzialny sposób Irina i Maja zakradały się i zmieniały talerze, dokładały do półmisków, dolewały wina. Wyglądało to tak, jakby dyshonorem domu miałyby być naczycia, z których wyłaniają się milimetry kwadratowe pustej, nie zapełnionej przez ryby czy mięsiwo powierzchni. Niestety ta prawda dotyczyła także pustych kielichów. Zmieniła się takżemoja definicja czy postrzeganie, co jest puste. Otóż u naszych gospodarzy, puste oznacza nie nalane do brzegu pucharu, bo kieliszek to nie był to na pewno. Tyle wspólnie z Adalbertem jeszcze pamiętamy.

W pewnym momencie z altany w ogrodzie odezwał się akordeon z towarzyszeniem bębna. Okazało się, że gospodarze i sąsiedzi spożywali alternatywną kolację. A jak się najedli to zaczęli śpiewać i grać. To w sumie składa się na jakiś logiczny obraz.

I tu zaczęły się schody. Okazało się, że po spożyciu dwóch dzbanków takiego prawie kompotu, nogi przestały z sobą współpracować. Co nie oznacza, że odmówiły dyspozycji. Po prostu straciły kontakt z ośrodkiem dyspozycyjnym, gdzieś w mózgu, jeśli tego wieczoru w ogóle go mieliśmy, i maszerowały sobie jak chcą. W jakiś cudowny sposób doszliśmy jednak do altanki, co możemybudokumentować zdjęciami poniżej.

20120502-095923.jpg

20120502-100008.jpg

Oczywiście nie mogło zabraknąć tamady, naszego mistrza ceremoni. To on wznosił toasty, zachęcał do ucztowania. Do końca supry utrzymywał rzytomoność. Podobno, o tak nam już opowiadano nazajutrz…

20120502-100512.jpg

Następnego dnia udało nam się dostrzec ukryte, piękne zakamarki gospodarstwa i zrobić wspólne zdjęcie z gospodarzami.

20120502-100735.jpg

20120502-100827.jpg

20120502-100924.jpg

20120502-101008.jpg

20120502-101055.jpg

Kategorie: Gruzja

Tagi:

Dodaj komentarz