No i zaczęło się. Jeszcze wczoraj wieczorem, kiedy świętowaliśmy 11 listopada. Tak nawiasem mówiąc, żadne z wydarzeń w Warszawie nie odbiło się tutaj szerokim echem, a nawet czkawką. Zaczęło się, gdyż Adalbert powrócił z naszej wczorajszej przedpołudniowej wyprawy jednak nieco rozczarowany. Wyznał to wieczorem po butelczynie Pinotage. Na to ja oczywiście, że to niemożliwe, że spełnienie jest ważną częścią życia mężczyzny itd. Krótko mówiąc uzgodniliśmy, że dzisiaj dzień zaczynamy jednak wczesnym świtem i ruszamy na górę. Wojtek piechotą a ja …kolejką linową, bo po co piechotą, jeśli wymyślono kolejki🚠 ?
Adalbert w tych zawodach już na początku miał szansę na dojście do szczytu szybciej niż dojechanie, gdyż nie było żadnej kolejki do szlaku, za to kolejka do kolejki była na 40 minut czekania. No nic to, zobaczymy ! Gondola na szczyt ma pewnego rodzaju zaletę budującą demokrację wśród turystów. Podłoga kręci się wokół własnej osi i niemal wszyscy mają zapewniony widok na wszystkie strony. Dodam, że ci wszyscy, którzy rozumieli zasadę. Życie zrządziło, że do gondoli wepchnięto mnie z kołem gospodyń wiejskich z Radżastanu. Te drobne i urocze panie zaczęły wstawiać parasole i kijki do trybów podłogi, oby tylko pozostać na swoim ( najlepszym) miejscu przy oknie, które zdobyły szarżując linie obronne innych turystów z Europy i USA. A tu nic – parasol się złamał, a podłoga kręci się nadal. Piszę te słowa, gdyż ciągle mam przed oczyma bezsensowną dyskusję o Polakach, jako największym wstydzie innego Polaka zagranicą. Ludzie są głupi i mądrzy i często wymieniają się tymi wartościami 🙂
W końcu gondola kolejki jakoś przybiła do Upper Station i szybki zwiad wystarczył, aby stwierdzić, że Adalberta jeszcze nie ma ! Dobra nasza – mam więc jeszcze nieco czasu, aby obejrzeć widoki i przemaszerować górę jednym ze szlaków, a jest ich chyba z dwadzieścia. No i wszystkie są płaskie, bo i góra płaska …
Ale uwaga ! Adalbert pokonał górę w mniej więcej dwie godziny, co przy upale i w zasasdzie pionowej wspinaczce jest wielkim osiągnięciem. Jeśli dodam, że powrót po ostrych skałach zabrał mu nawet mniej, to sami widzicie, z jakim ironmanem podróżuję ! Lecz widoki były już dla wszystkich – i piechociarzy i kolejkarzy i iromanów .
Uznaliśmy, że zasłużyliśmy na nagrodę i wieczorem poszliśmy do etiopskiej restauracji 41 Church Str.


Smakowało tak jak wyglądało. A gdy kelner uznał, że 10% napiwku to za mało, wiedzieliśmy już, że trzeba opuścić to piękne miasto. W buszu będzie zdani bardziej na siebie niż na łaskę kelnerów.
A może i jakieś bardziej pasjonujące przygody nam się przydarzą, bo tu chociaż pięknie jest, to trochę za dużo lukru i ….turystów 👀
Kategorie: South Africa, Travel






















































