Wietnam

Myśli przy odklejaniu pijawek.

Siedzę w hamaku i wyciągam pijawkę za pijawką. Na szczęście dla mnie, te małe boże bydlątka nie są przyssane na tyle, aby nie można ich odkleić. Wietnamczycy mówią, że ile pijawek, tyle lat w dobrobycie i zdrowiu. Biorę te komentarze tym bardziej serio, im więcej ich wyciągam – wygląda na to, że do 81 roku życia zdrowie i dobrobyt mam zapewnione, a przecież jeszcze została jedna kończyna…

A wszystko zaczęło się wczesnym świtym, gdy wyruszyliśmy w góry. Tym razem bez spóźnień, mgieł a deszcz był tak przyjemny i delikatny, że chciałoby się go prosić o więcej. Spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem ubranym w lokalny strój ludowy – czarna koszula z kolorowymi wykończeniami i natychmiast zacząłem się z Adalbertem zakładać , ile facet wytrzyma w tym worku z bawełny. Stanęło między 3-4 godzinami. Przegraliśmy obaj. Po pierwszym podejściu lało się z nas jak z wyciskanej ścierki i nasz przewodnik odpuścił już po godzinie – zręcznym ruchem zrzucił z siebie piękne odzienie i pozostał w sportowej niebieskiej koszuli rodem z czasów NRD. Wyglądało to na stary mundur FDJ i jak się okaże wkrótce, strzeliłem w dziesiątkę.

Pogoda nie odpuszcza. Ponad 30 stopni z wysoką wilgotnością. Nie jest tak ciężko, jak w Kambodży dwa lata temu w maju, gdzie temperatura sięgała 40 stopni i mieszkaliśmy w namiotach, ale łatwo nie jest. Opowiadamy sobie na podejściach, jak bardzo pogardzamy tymi, którzy wylegują się na plażach, ale im wyżej, tym bardziej takie dodawanie sobie animuszu staje się jękiem przechodzącym w skowyt rozpaczy, że jeszcze daleko do szczytu.

To musiało się kiedyś stać – wrąbałem się do potoku przy kolejnym trawersie. Byłem przekonany, że kamień jest nieruchomy, a tu okazał się wyjatkowo żwawy i ruchliwy. Musiałem ratować, albo sprzęt fotograficzny albo własne cztery litery. Zdecydowałem się na litery a skutek tej akcji polega na braku zdjęć z podejść. Sprzęt zaczął działać po kilku godzinach suszenia. Ale działa. To ważne.

Kontynuując trawers weszliśmy do dżungli. Nie jakiejś tam dżungielki zwanej Rainforest, za wejście do której w Australli płacisz fees, ale do dżungli, gdzie gotowy jesteś płacić, żeby Cię ktoś z niej wreszcie wyciągnął. Po kilku chwilach zrozumieliśmy , że jesteśmy już tylko chemicznymi procesami z wielką wydajnością pompującymi na zewnątrz wszelkie płyny organiczne. Naokoło piękna zieleń i my, zlani potem do ostatniej kropli.

Po kilku godzinach usłyszeliśmy szelest strumienia. Dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy i po kilku chwilach byliśmy już pewni – po trudzie przychodzi nagroda. Związek tlenu i wodoru stał się tak cenny, że bardzo zawęził naszą perspektywę poznawczą. Zrzuciliśmy z siebie mokre ciuchy i znaleźliśmy się w środku pięknego potoku. Okazało się, że nie byliśmy sami – ten potok upatrzyły sobie wcześniej piękne i dorodne pijawki. I tak oto wracamy do rzeczywistości – 44, 45, 46 – kolejne lata w zdrowiu i dobrobycie cierpliwie wyciągam sobie z drugiej kończyny.

Popołudnie spędziliśmy w domu naszego przewodnika. Zebrali się wszyscy kuzyni, bracia i siostry. Możecie ich zobaczyć poniżej na zdjęciach. Jako przystało na polskich dżentelmenów mieliśmy prezent – szalik kibica z meczu Polska – Rosja 1:1 . Radość była wielka, tym bardziej,że wczoraj był wielki mecz Wietnam – Korea. Niestety jedyna osoba, która dotrwała do końca wczorajszego meczu była w polu i nie mogliśmy dowiedzieć się wyniku. Wiemy jednak, ze dobrze było. Przy okazji zwiedziliśmy rodzinny ołtarzyk ze zdjęciami i dyplomami. Wygląda na to,że nasz przewodnik w 80tych latach był na szkoleniu politycznym w NRD, widzimy go otoczonego gromadką młodzieży z FDJ ( tacy niby harcerze z NRD) w pięknych niebieskich koszulach. Dokładnie w takiej, w jakiej go dzisiaj widzimy…

Obiad był wyśmienity, dzieci złowiły rybki, gorący ryż i zielona herbata przy osobnym stole. Nie pije się tu harebaty przy stole obiadowym. Nie umknęło naszej uwadze, że rybka była tuńczykiem, a na podłodze walały się puszki po tuńczyku. Nasz guide wytłumaczył nam, że to żona tak kazała, bo co to za ryba ze strumienia. Goście z Zachodu powinni dostać coś lepszego. Żebyście tylko widzieli, jak wpatrywaliśmy się w świeże pstrągi , z grzeczności jedząc tuńczyka z puszki 😦

Jutro mamy do zrobienia 200 km i zmieniamy górki na wyższe. Jeszcze wyższe, a tymczasem 47,48,49….

Kategorie: Wietnam

Tagi: , ,

Dodaj komentarz