Gruzja

Butelczyna czerwonego.

Spacer pięknymi uliczkami frustrował nas coraz bardziej. Odkrywaliśmy fasady budynków, za którymi były tylko ruiny. Więcej nawet, znaleźliśmy piękny dom z wyremontowaną elewacją, aby tuż za nią zobaczyć skarpę i przepaść. Po prostu puste miejsce niezbyt dobrze komponowałoby się i stwierdzono, że tu przyda się ładna elewacja. Rodzaj blendy – najdroższej z możliwych, bo stylizowana na średniowieczną kamienicę.

Cóż robić ? Na wszelki smutek dobry jest trunek. Wróciliśmy do hoteliku ( najlepszego w mieście ) i zamówiliśmy butelczynę czerwonego. Dodać muszę, że dojeżdżając do miasta mijaliśmy dziesiątki winnych plantacji. Ta wiedza w niczym jednak nie pomagała a nawet szkodziła, gdyż zbudowała najgorszą rzecz – oczekiwania konsumpcyjne uczestników podróży. Jak się za chwilę okazało, przebywanie w centrum plantacji winnic wcale nie oznacza, że można zamówić wino. Gruzja bez wina? Jest i taka. Tutaj. I właśnie nam musiało się to przytrafić.

Kelner dwa razy zapytał, czy naprawdę chcemy butelkę czerwonego wina. Adalbert jeszcze ńieco naiwnie zapewnił go, ze to tylo na początek, bo potem weźmiemy następne. Pan kelner robił się coraz bardziej czerwony na twarzy i w końcu wyjąkał, że wino owszem jest, ale białe i słodkie. A czerwone może dać na kieliszki, bo ma jedną otwartą butelkę. Ostanią. Poprosiliśmy, żeby to jeszcze raz powiedział i rzeczywiście powiedział nie zmieniając zeznania. Restauracja hotelowa miała i dobre położenie i ładnie wyglądała, dlatego pewnie Marcin rzucił pomysł, że pójdziemy do sklepiku, kupimy i tu wypijemy. A do tego zamówimy kolację w hotelu. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak nasz kelner się ucieszył. Poda kolacje a goście wino kupią sobie w detalu. To jednak dopełniło pucharu goryczy. Adalbert i ja zdecydowanie nie chcieliśmy korzystać z takich półśrodków i zabraliśmy Marcina w drogę, aby znaleźć to ” co jest bardzo blisko” jak powaidał Kornel Makuszyński.

Rzeczywiście było bardzo blisko, bo knajp i restauracyjek jest tu wiele, wszystkie puste, lecz zdyscyplinowane godzinami otwarcia. Włączone światła, muzyka, kelnerzy – lecz nadal bez gości, których miasto po prostu jeszcze nie ma albo już nie ma.

Nasz wybór padł na piwnicę winną, która z samej przecież nazwy musiała mieć jakieś wina. I miała! Było to kilka butelek tylko, ale my naprawdę nie chcieliśmy wiele. Było nas trzech a i godzina późna. Młody kelner, nieszczęśliwie, wyjątkowo nieszczęśliwie czujący się w swojej kelnerskiej skórze, zniknął za kontuarem nurkując w jego czeluściach i wyłowił butelczynę. Dobrze się zaczyna. Domówiliśmy jeszcze pstrągi w wyśmienitych sosach, zupki sałaty i supra gotowa. Po pierwszym winie, przyszło drugie ( tak jakoś samo z siebie) ale tu Marcin pokazał swoją pokerową zagrywkę. „Menadzera dawaj” – rzucił do kelnera. Po jakimś czasie ukazał nam się zażywnie wyglądający Gruzin, prawdopodobnie absolwent Yale, sądząc po wyblakłej koszulce z dumnym napisem na piersiach. ” A wiecie to, skąd są Wasi goście? ” – zapytał Marcin i nie czekając na odpowiedź ciągnął – ” Z Polszy są, z kraju, ktory wspiera Gruzję i Gruzinów”. Naszemu menadzerowi twarz się tak rozjaśniła, jakby nagle anioła zobaczył ” Toż to mój ojciec w 44 roku Warszawie wolność przyniósł i od faszystowskiego okupanta wyzwalał ” – prawie wykrzyczał – ” a ja sam w siedemdziesiątych latach niejedne polskie usta całowałem jak byłem na Pociągu Przyjaźni”

Niepewnie spojrzałem, czy może nadal uważa, że całowanie się jest wzorcem kulturowym, który utrzymał się przez lata, lecz wydaje się, że nawet, jeśli ten rytuał mu się wtedy podobał, to przez lata jakoś uleciał w niepamięć.

Marcinowi Pociąg Przyjaźni nie kojarzył się jednak ( na szczęście) z czymkolwiek i przystąpił do realizacji swojego planu. ” No właśnie ! ” – krzyknąl nad uchem właściciela – ” To wasz ojciec naszą Warszawę wyzwalał, a Wy nam takie drogie wino sprzedajecie!!!. Dawajcie szybko 20% upustu! ” Nasz Gruzin w pierwszym odruchu wydawał się zaskoczony, lecz pewnie kompilacja 44r , Pociągu Przyjaźni i gorących polskich ust tak obudzily jego wspomnienia, że machnął ręką .

Inną historią był nieszczęsny kelner, który wydawał się żywcem zdjęty z obrazów pokazujących dżigitów przed bolszewicką rewolucją. Jakimś zrządzeniem historii rzucony do weinhausu zupełnie tu nie pasował i miejmy nadzieję, że wkrótce wróci do swoich. Miał jednak w sobie coś w rodzaju radosnej innowacyjności. Na deser zamówiliśmy lody z polewą czekoladową. Lody były, a zamiast polewy przyniósł czekoladowe cukierki i z gorącym światłem odkrywcy w oczach zaproponował – „Jak sobie rozdrobnicie, będziecie mieć polewę”. Dla Gruzina nie ma zadań niewykonalnych.

Spędziliśmy tu jeden wieczór i jak powiedział Adalbert – być może recepcjonistka w naszym hotelu byłaby jakimś wizualnym powodem, aby tu wrócić, ale chyba także nie na pewno.

20120503-225830.jpg

20120503-225756.jpg

Kategorie: Gruzja

Tagi:

Dodaj komentarz