Argentina Travel

Ziemia Ognista – piechotą i pontonem.

Czekam w recepcji na naszego przewodnika. Jest jeszczec 10 minut do umowionej godziny, ale natrętna myśl raz po raz nawiedza moją świadomość – powinien w zasadzie już tu być. Być może powinienem zacząć wędrować w Niemczech, tam przewodnik na pewno czekalby juz godzinę przed odjazdem. Jestesmy jednak w Argentynie i tutejsi przewodnicy są po prostu …punktualni. O 8.45 zajechał pod nasz hotelik van i wyskoczył z niego chłopak o czuprynie wielkiej niczym progresywni rockowcy. ” Pedro” – zawołal – ” czy mogę Cię nazywać Pedro? Tej zbitki dwóch spółgłosek na końcu Twojego imienia nikt tutaj nie jest w stanie wymówić” I kolejna tajemnica odkryta. Jeśli tylko była okazja, w hotelach zwracano się do mnie per Raphaelo – nawiązując do mojego drugiego imienia nadanego mi w chwili słabości moich rodziców na moim chrzcie. Nie muszę chyba mówić, że Pedro bardzo mi się podoba, nagle poczułem uderzenie argentyńskim hormonów. Gdyby jeszcze nagly przypływ znajomości hiszpańskiego, to moje szczęście byłoby właściwie umiejscowione. Chwila wyczekiwania i …. niestety, hiszpański nadal na poziomie podstawowym początkującym. No dobra, dajemy zatem po angielsku, ale Pedro zostaje.

” A to zapewne Twoja małżonka, bardzo mi miło” – rzucił Norbi, bo tak się przedstawił i cmok w rączkę. Ze zdziwieniem spojrzałem na stojącą obok mnie babę, którą już wczoraj zidentyfikowałem na kolacji jako pożeraczkę wołowiny w ilościach hurtowych. I myślałem, że na tym koniec tej pomyłki, ale baba na to, że bardzo jej miło. Miałem wrażenie, że się obraziła, gdy w miły lecz stanowczy sposób skierowałem zainteresowanie Norbiego na rzeczywistą atrakcję tego hotelu czyli oczywiście moją Elę.

W vanie byli już pozostali towarzysze dzisiejszej wyprawy. Steve z Waszyngtonu i holenderska parka z zarządu jednego z domu starców w Holandii. Na szczęście nie byli jeszcze w wieku swoich pensjonariuszy, bo czekał nas wymagający marsz.

Po jakimś czasie dojechalismy do bramy Parku Narodowego Ziemia Ognista, gdzie uiściliśmy daninę wejściową. Okazuje się, że młodzież do lat 16 tutaj nic nie płaci. A to oznacza, że park parkowi nierówny, bo na lodowcach skasowani zostaliśmy za nasze pociechy , jak za dorosłych. Nota bene to bardzo buduje ich samoświadomość, ten upgrading do dorosłości. Mała radość a cieszy.

Norbi okazał się nie tylko dobrym przewodnikiem, ale i pasjonatem botaniki i historii. Pasja objawiała się np tym, że wszystkie nazwy roślin podawał po hiszpańsku, angielsku i łacinie. Nasz angielski zebrany jako kumulacja czterech osób nie wystarczyła na zrozumienie nawet jednej nazwy, więc aby zachować twarz, postanowiliśmy przy wersji nazwy w angielskim robić podobne miny jak Steve z Waszyngtonu. To bardzo wzmacniało sygnał do Norbiego, który jeszcze bardziej się starał i zarzucał nas coraz nowymi nazwami. Czekaliśmy, ze powie coś zrozumialego jak roza, tulipan albo dąb, ale gdzie tam, płonne nadzieje. Większość roślinnosci ma charakter endemiczny.

Co kilkadziesiąt minut, plecak Norbiego wyrzucał z siebie niespodzianki. A to herbatka, a to ciasteczka…a wszystko smaczne i pożywne. Na półmetku drogi doszliśmy do bazy, gdzie czekał na nas grill ( prawie bistro – to taki żarcik dla wtejemniczonych) i skrzyneczka z argetynskim winem. Okazało się, że nie działa tu polska ustawa o ochronie danych osobowych i Norbi wiedział o moich urodzinach. Najbardziej obawiałem się reakcji naszych towarzyszy z zarządu domu starców w Holandii. Przecież takie urodziny, to dla nich jakby otwarte zaproszenie do akwizycji nowego klienta! Na wszelki wypadek poprosiłem moją rodzinę, zeby mnie dobrowolnie nie oddawała. Zgodzili się na to pewnymi oporami i oczekiwaniami, które będę musiał spełnić w Buenos, bo tam ” w sklepach lepszy wybór będzie” .

Nie zaznajomiliśmy Czytelnika jeszcze z milczącym towarzyszem Norbiego – Frasko. Frasko jest odwrotnością Norbiego. Począwszy od prostych jak drut włosów, skonczywszy na niezbyt wylewnym sposobie bycia. Gdy dowiedzieliśmy się, czym się Frasko zajmuje, jego postawa znalazła w nas większe zrozumienie. Był kapitanem naszej armady złożonej z dwoch pontonów, którymi mieliśmy sforsować kanał Beagle.

Najpierw ubrał nas jak na taką operację przystało – wielkie kalosze i pantalony z gumy. Następnie wyznaczył drużyny, ja na szczęscie znalazłem się w drużynie mojej rodziny i nie było ryzyka , że zapoznam się bliżej z Holendrami, albo też raczej o i ze mną. I tak nie opuszczało mnie wrażenie, że ciągle mnie obserwują i coś tam notują.

Pontony w barwach okrętów wojennych musieliśmy wyładować z przyczepy i samodzielnie zanieść na brzeg rzeki, gdzie czekał już Frascom pogadanką na temat bezpieczeństwa. Szczerze mówiąc wolałbym, aby instruował nas po hiszpańsku. Nic bym nie zrozumiał i nie znałbym żadnego niebezpieczeństwa – wiem z doswiadczenia, ze niewiedza chroni …przed nadmiernymi popisami fantazji. A jak ją poskromić, jeśli dowiadujemy się, że kanał jest zdradliwy, pełen wirów i niejeden już tu na dnie poległ? To co dla mnie wydało się przerażliwe, dla naszych dzieci stało się nareszcie jakimś enrgetycznym napojem. Wzięliśmy wiosła i rozpoczęliśmy coś, co wierzyliśmy, że jest wioslowaniem. Wyobraźcie sobie cztery osoby, wiosłujące w róznym tempie i kierunku.

Powiem tylko, ze ten koszmar zakończyl się po godzinnej przeprawie przez kanał a dyrekcja domu starców wylądowała za nami po dobrych 15 minutach.

A wieczorem czekała nas uczta urodzinowa. Bardzo dziękuję wszystkim , którzy chcieli pamiętać o tym dniu i zamówiliśmy na Waszą cześć sporą ilość Merlotów. Od tego miejsca mam już problemy z odtwarzaniem szczegółów z wiadomych powodów. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że nagle zaroiło się od agentów ochrony, ktorzy z dziką paniką przygotowali hotel do ewakuacji przeciwpozarowej. Manewry? Ale dlaczego w nocy?

Następnego dnia dowiedziałem się, że moja rodzinka przewiozła przez Ocean chińskie lampiony, które miały zwieńczyć ucztę pięknie unosząc się nad Kanałem. Przyznacie, że piękny i romantyczny pomysł. Okazało się jednak, że od czasu zakonczenia II Wojny Swiatowej, fajerwerki, lampiony, race są zabronione. Miasto zbudowane jest z drewna a i Chilijczycy mogliby pomyśleć, że Arentyna wypowiada wojnę.

Na koniec tej historii jest jednak good news – miejscowy prefekt policji wycofał oskarzenie i oddal nam nasze lampiony. Przywieziemy je do domu i tam sobie je puścimy.

Dodaj komentarz