Darwin depicted in nineteenth-century era

Ushuaia

Najbardziej na południe wysunięte miasto świata, trekking i ponton na kanale Beagle, urodziny na końcu świata.

Dzień 5 – 26 marca 2012 (poniedziałek)

Ushuaia

Mało brakowało, abyśmy tu nie dolecieli. I nie chodzi mi o długą chwilę zadumy, która mnie dopadła tankując diesla za 2,88 zł. Dojechaliśmy szczęśliwie na lotnisko, oddaliśmy Sebastianowi auto i stanęliśmy w długiej kolejce do odprawy. Niespodziewanie, kolejka posuwała się w szybkim tempie i już po kilku minutach byliśmy odprawieni. Potem tylko kontrola bezpieczeństwa, powiedzmy, ze tylko z nazwy przypominająca standardy europejskie. I kolejny krok do do samopoznania. Emocje, które mną zaczęły trząść, widząc luz ochroniarzy, zidentyfikowałem, jako te same, które mną rzucają, gdy w Europie ochroniarze przesadzają. ( szczególnie na lotnisku w Gdańsku).

Siedzimy sobie zatem w hali odlotów. Wokół nas remont, nic nie działa, ani głośniki ani tablice informacyjne. Nasz hiszpański nadal nie działa, mimo że bardzo się wsłuchujemy w pokrzykiwania obsługi. W końcu na płycie został jeden tylko samolot, a dziewczyna z gate’u z uporem wywoływała pasażerów do Rio. Ale my przecież w przeciwnym kierunku – na południe, do Ushuaia. Jest jednak w człowieku pewien rodzaj niepokoju, który czasami ratuje życie, a w naszym przypadku cały dzień. Podszedłem do nadal nawołującej pani i moim pięknym hiszpańskim zapytałem ” Ushuaia ? ” Na to ona ” Yes, yes, go to the plane now! ” Pierwsze, co pomyślałem to, dlaczego ona myśli, że nie jestem Patagończykiem, choćby ze względu na wzrost ! Szybko jednak przebiła się myśl druga. Po prostu lokalni na Ushuaia mówią w skrócie Buenos. Nic mnie nie powinno już dziwić.

Ważne, że to właściwy samolot. Wsiadamy i lecimy. Tym razem nie ma żadnych osobliwych modeli- mamy do wyboru, wycieczkę emerytów z Holandii, dosyć głośni i rubaszni, albo wycieczkę z Chin, jeszcze głośniejsi i nie wiem tylko, czy bardziej rubaszni.

Lotnisko, do którego się zbliżaliśmy, miał nalot zbliżony do warunków w Szczytnie. Bardzo wąski krąg z jednoczesnym obniżaniem wysokości i lądowanie na skrawku gruntu wyrwanym kanałowi Beagle. Nie znamy się zbyt na lotnictwie, ale nie był to łatwy manewr, dla kogoś przyzwyczajonego do długich i spokojnych nalotów od strony Piaseczna.

Wylądowaliśmy szczęślwie, ale to nie koniec naszych przygód. Z samolotu zaczęli wysiadać tylko Chińczycy. W związku z tym stwierdziliśmy, że to pewnie jest międzylądowanie i do Ushuaia jeszcze będzie kawałek. I tak byśmy myśleli do teraz, gdyby nie okazało się, że nasze miejsca są już sprzedane na lot do Buenos i trzeba wysiąść tutaj. Pani stewardesa trzy razy przysięgała, że to Ushuaia, więc w końcu wysiedliśmy. Tak ciężko było nam zrozumieć, że samolot najpierw poleci na południe a potem dopiero na północ. Jednak tkwimy w objęciach schematów i stereotypów.

Na lotnisku czekał na nas kierowca, wsadził nas do poobijanego Land Rovera i ruszyliśmy do hotelu. Jechaliśmy prez miasto, a tu nazwy hoteli i pensjonatów jak z najlepszych książek przygodowych – „Kondor” , ” Antarktyda” , „Kap Hoorn”. Miasteczko liczy około 65 tys mieszkańców i większość z nich to potomkowie więźniów, którzy osadzani tu zostali przez kolejne rządy Argentyny aż do roku 1947. Argentyńczycy sklonowali brytyjski pomysł z Australią, dodali jednak element carski związany z syberyjską temperaturą. Pewnie więźniowie budujący Australię, gdyby znali argentyńską opcję, chwaliliby swoje sądy za takie wyroki w pięknych tropikach.

Miasto jeszcze na początku XX w było zapadłą bazą argentyńskiej marynarki wojennej i biznes więzienny przez ponad 50 lat zbudował podwaliny miasta. Dzisiaj więzienie można zwiedzać i przy okazji oglądać wystawy o wyprawach na biegun. Spędziliśmy w więzieniu – muzeum trochę czasu i z radością wróciliśmy na miejskie ulice.

Nasz hotel okazał się pięknym budynkiem z drewna wspaniale wkomponowanym w linię brzegu kanału Beagl. I oczywiście ma piękną i intrygującą nazwę – Los Cauquenes.

Jutro kolejny dzień – zaczynamy wcześnie rano, jedziemy do Parku Narodowego Ziemia Ognista na całodniowy trekking. A wieczorem urodzinowa impreza na końcu świata. Tak sobie to obiecałem jakiś czas temu – a dokładnie – 25 lat temu. A obietnic należy dotrzymywać 🙂

Dzień 6 – 27 marca 2012 (wtorek)

Urodzinowa uczta w namiocie

Urodzinowa uczta w namiocie – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

18 000 km od domu

18 000 km od domu – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Widok na granicę z Chile

Widok na granicę z Chile. – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Grzyby Darwina

Grzyby Darwina – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Nasz przewodnik Norbi

Nasz przewodnik Norbi – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Route No 3

Route No 3 – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Urodzinowa tęcza 🙂

Urodzinowa tęcza :) – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Jezioro między Argentyną i Chile

Jezioro między Argentyną i Chile – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Lunch na zwalonym konarze

Lunch na zwalonym konarze – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Dosyć ciasny manewr lądowania

Dosyć ciasny manewr lądowania – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Dzień 7 – 28 marca 2012 (środa)

El fin del mundo màs cerca de lo quo cree

Już wiem, dlaczego samoloty tak ostro wykręcają, żeby zmieścić się w linii nalotu na pas. Po prostu kilkaset metrów dalej jest granica z Chile i mimo ostatnio lepszych relacji, jest to nadal nerwowy kawałek świata. Chilijczycy nie życzą sobie, aby kilka razy dziennie gwałcona była ich przestrzeń powietrzna. To skutkuje coraz lepszym wyszkoleniem pilotów argentyńskich, czyli zwiększa się także bezpieczeństwo pasażerów.

Ushuaia coraz bardziej nam się podoba. Miasto zbudowane jest na dosyć stromych wzgórzach. W czasach, gdy auta składały się jeszcze tylko z silnika, podwozia z kołami i w niczym nie przypominały dzisiejszych elektronicznych terminali, jakimi są samochody, wielki kłopot stanowił prosty manewr zatrzymywania się na skrzyżowaniu jadąc pod górę lub w dół. Szczególnie, gdy padał śnieg oblodzając jezdnię. Wymyślono zatem, że nie ma tutaj zastosowania reguła pierwszeństwa z prawej, lecz reguła pierwszeństwa tych, co jadą pod lub z góry. W praktyce oznacza to,że możecie się spodziewać na ślepo jadących kierowców, którzy znają ten przepis od zawsze. Gorzej to funkcjonuje, gdy ktoś oczekuje, że ma pierwszeństwo dzięki regule pierwszeństwo z prawej…A jest tu wielu nowych przybyszy z Argentyny, którzy szukają swojego miejsca w życiu. Ushuaia daje niespotykane w Argentynie mozliwosci zarobkowania ze względu na unikalny system podatkowy. Po prostu nie ma podatku PIT. Wprowadzono tę regulację, gdy miasto pogrążone było w letargu i jedyne miejsca pracy związane były z więzieniem. Dzisiaj to dynamiczne miasto, które jeststolicą także argentyńskiej części Antarktydy. Spotykamy zadowolonych taksówkarzy, kelnerów, przewodników, sprzedawców w sklepach. Uśmiech i zainteresowanie klientem nie wydaje się tu wyuczonym spektaklem, lecz autentycznym zainteresowaniem. A nawet, jesli udają, to udaje większość mieszkańców miasta i świetnie im to wychodzi.

Ziemia Ognista – piechotą i pontonem

Czekam w recepcji na naszego przewodnika. Jest jeszczec 10 minut do umowionej godziny, ale natrętna myśl raz po raz nawiedza moją świadomość – powinien w zasadzie już tu być. Być może powinienem zacząć wędrować w Niemczech, tam przewodnik na pewno czekalby juz godzinę przed odjazdem. Jestesmy jednak w Argentynie i tutejsi przewodnicy są po prostu …punktualni. O 8.45 zajechał pod nasz hotelik van i wyskoczył z niego chłopak o czuprynie wielkiej niczym progresywni rockowcy. ” Pedro” – zawołal – ” czy mogę Cię nazywać Pedro? Tej zbitki dwóch spółgłosek na końcu Twojego imienia nikt tutaj nie jest w stanie wymówić” I kolejna tajemnica odkryta. Jeśli tylko była okazja, w hotelach zwracano się do mnie per Raphaelo – nawiązując do mojego drugiego imienia nadanego mi w chwili słabości moich rodziców na moim chrzcie. Nie muszę chyba mówić, że Pedro bardzo mi się podoba, nagle poczułem uderzenie argentyńskim hormonów. Gdyby jeszcze nagly przypływ znajomości hiszpańskiego, to moje szczęście byłoby właściwie umiejscowione. Chwila wyczekiwania i …. niestety, hiszpański nadal na poziomie podstawowym początkującym. No dobra, dajemy zatem po angielsku, ale Pedro zostaje.

” A to zapewne Twoja małżonka, bardzo mi miło” – rzucił Norbi, bo tak się przedstawił i cmok w rączkę. Ze zdziwieniem spojrzałem na stojącą obok mnie babę, którą już wczoraj zidentyfikowałem na kolacji jako pożeraczkę wołowiny w ilościach hurtowych. I myślałem, że na tym koniec tej pomyłki, ale baba na to, że bardzo jej miło. Miałem wrażenie, że się obraziła, gdy w miły lecz stanowczy sposób skierowałem zainteresowanie Norbiego na rzeczywistą atrakcję tego hotelu czyli oczywiście moją Elę.

W vanie byli już pozostali towarzysze dzisiejszej wyprawy. Steve z Waszyngtonu i holenderska parka z zarządu jednego z domu starców w Holandii. Na szczęście nie byli jeszcze w wieku swoich pensjonariuszy, bo czekał nas wymagający marsz.

Po jakimś czasie dojechalismy do bramy Parku Narodowego Ziemia Ognista, gdzie uiściliśmy daninę wejściową. Okazuje się, że młodzież do lat 16 tutaj nic nie płaci. A to oznacza, że park parkowi nierówny, bo na lodowcach skasowani zostaliśmy za nasze pociechy , jak za dorosłych. Nota bene to bardzo buduje ich samoświadomość, ten upgrading do dorosłości. Mała radość a cieszy.

Norbi okazał się nie tylko dobrym przewodnikiem, ale i pasjonatem botaniki i historii. Pasja objawiała się np tym, że wszystkie nazwy roślin podawał po hiszpańsku, angielsku i łacinie. Nasz angielski zebrany jako kumulacja czterech osób nie wystarczyła na zrozumienie nawet jednej nazwy, więc aby zachować twarz, postanowiliśmy przy wersji nazwy w angielskim robić podobne miny jak Steve z Waszyngtonu. To bardzo wzmacniało sygnał do Norbiego, który jeszcze bardziej się starał i zarzucał nas coraz nowymi nazwami. Czekaliśmy, ze powie coś zrozumialego jak roza, tulipan albo dąb, ale gdzie tam, płonne nadzieje. Większość roślinnosci ma charakter endemiczny.

Co kilkadziesiąt minut, plecak Norbiego wyrzucał z siebie niespodzianki. A to herbatka, a to ciasteczka…a wszystko smaczne i pożywne. Na półmetku drogi doszliśmy do bazy, gdzie czekał na nas grill ( prawie bistro – to taki żarcik dla wtejemniczonych) i skrzyneczka z argetynskim winem. Okazało się, że nie działa tu polska ustawa o ochronie danych osobowych i Norbi wiedział o moich urodzinach. Najbardziej obawiałem się reakcji naszych towarzyszy z zarządu domu starców w Holandii. Przecież takie urodziny, to dla nich jakby otwarte zaproszenie do akwizycji nowego klienta! Na wszelki wypadek poprosiłem moją rodzinę, zeby mnie dobrowolnie nie oddawała. Zgodzili się na to pewnymi oporami i oczekiwaniami, które będę musiał spełnić w Buenos, bo tam ” w sklepach lepszy wybór będzie” .

Nie zaznajomiliśmy Czytelnika jeszcze z milczącym towarzyszem Norbiego – Frasko. Frasko jest odwrotnością Norbiego. Począwszy od prostych jak drut włosów, skonczywszy na niezbyt wylewnym sposobie bycia. Gdy dowiedzieliśmy się, czym się Frasko zajmuje, jego postawa znalazła w nas większe zrozumienie. Był kapitanem naszej armady złożonej z dwoch pontonów, którymi mieliśmy sforsować kanał Beagle.

Najpierw ubrał nas jak na taką operację przystało – wielkie kalosze i pantalony z gumy. Następnie wyznaczył drużyny, ja na szczęscie znalazłem się w drużynie mojej rodziny i nie było ryzyka , że zapoznam się bliżej z Holendrami, albo też raczej o i ze mną. I tak nie opuszczało mnie wrażenie, że ciągle mnie obserwują i coś tam notują.

Pontony w barwach okrętów wojennych musieliśmy wyładować z przyczepy i samodzielnie zanieść na brzeg rzeki, gdzie czekał już Frascom pogadanką na temat bezpieczeństwa. Szczerze mówiąc wolałbym, aby instruował nas po hiszpańsku. Nic bym nie zrozumiał i nie znałbym żadnego niebezpieczeństwa – wiem z doswiadczenia, ze niewiedza chroni …przed nadmiernymi popisami fantazji. A jak ją poskromić, jeśli dowiadujemy się, że kanał jest zdradliwy, pełen wirów i niejeden już tu na dnie poległ? To co dla mnie wydało się przerażliwe, dla naszych dzieci stało się nareszcie jakimś enrgetycznym napojem. Wzięliśmy wiosła i rozpoczęliśmy coś, co wierzyliśmy, że jest wioslowaniem. Wyobraźcie sobie cztery osoby, wiosłujące w róznym tempie i kierunku.

Powiem tylko, ze ten koszmar zakończyl się po godzinnej przeprawie przez kanał a dyrekcja domu starców wylądowała za nami po dobrych 15 minutach.

A wieczorem czekała nas uczta urodzinowa. Bardzo dziękuję wszystkim , którzy chcieli pamiętać o tym dniu i zamówiliśmy na Waszą cześć sporą ilość Merlotów. Od tego miejsca mam już problemy z odtwarzaniem szczegółów z wiadomych powodów. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że nagle zaroiło się od agentów ochrony, ktorzy z dziką paniką przygotowali hotel do ewakuacji przeciwpozarowej. Manewry? Ale dlaczego w nocy?

Następnego dnia dowiedziałem się, że moja rodzinka przewiozła przez Ocean chińskie lampiony, które miały zwieńczyć ucztę pięknie unosząc się nad Kanałem. Przyznacie, że piękny i romantyczny pomysł. Okazało się jednak, że od czasu zakonczenia II Wojny Swiatowej, fajerwerki, lampiony, race są zabronione. Miasto zbudowane jest z drewna a i Chilijczycy mogliby pomyśleć, że Arentyna wypowiada wojnę.

Na koniec tej historii jest jednak good news – miejscowy prefekt policji wycofał oskarzenie i oddal nam nasze lampiony. Przywieziemy je do domu i tam sobie je puścimy.

Jesien i Ziemia Ognista

Jesien i Ziemia Ognista – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Ziemia Ognista, wcale nie taka ognista

Ziemia Ognista, wcale nie taka ognista – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Kolejna tecza

Kolejna tecza – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Aria

Aria – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

To nie pingwiny, to kormorany

To nie pingwiny, to kormorany. – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Ostatnia latarnia przed Antarktyda

Ostatnia latarnia przed Antarktyda – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

Ulice jak w San Francisco

Ulice jak w San Francisco – Argentyna 2012, Ushuaia i Ziemia Ognista

← Poprzednia część: Argentyna 2012 (2/4): Perito Moreno i trekking po lodowcu
Następna część: Argentyna 2012 (4/4): Buenos Aires, tango i powrót →

Dodaj komentarz

O nasAbout us

Jesteśmy rodzinną redakcją. Nasi redaktorzy mieszkają i pracują w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Łączy nas uważne patrzenie na świat w czasach, gdy zmienia się on szybciej niż zdążamy go opisać. Obserwujemy. Wymieniamy się wiedzą. Piszemy bez agendy i bez reklam bo ten blog nigdy nie był o zarabianiu. Jest o rozumieniu.We are a family editorial team. Our editors live and work in Poland, the United Kingdom and the USA. What connects us is paying close attention to the world at a time when it changes faster than we can describe it. We observe. We share what we know. We write with no agenda and no ads, because this blog was never about making money. It is about understanding.

Oglądaj nasz kanał na YouTubeWatch our YouTube channel
Redakcja Mefromeurope / The Mefromeurope editorial team
Śledź nas na InstagramieFollow us on Instagram Śledź nas na XFollow us on X

SzukajSearch

Uchwycone w drodzeCaptured on the road

Odkryj więcej z Mefromeurope

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej