Od JFK do JFK

Siedzimy na JFK. Ostatnia kawa przed odlotem. Walizki zdane, paszporty są, karta kredytowa jeszcze nie płacze, ale już prawie … więc można uznać, że podróż zakończyła się sukcesem.

Przez pond dwa tygodnie przejechaliśmy kawał Nowej Anglii i przypomnieliśmy sobie kilka rzeczy o Ameryce. Po pierwsze: tu wszystko jest duże. Samochody, porcje, parkingi, ceny i pewność siebie kierowców pickupów. Po drugie: jeśli Amerykanin mówi, że coś jest „just around the corner”, należy przygotować samochód, wodę i być może nocleg.

Zaczęliśmy od Nowego Jorku, ale szybko ruszyliśmy na północ. Mystic, Newport, Cape Cod, Plymouth, Boston, Maine, New Hampshire. Brzmi jak podróż arystokratów po Wschodnim Wybrzeżu. W praktyce wyglądało to bardziej tak: „Gdzie zaparkować?”, „Czy tu można skręcić w prawo?”, „Dlaczego Google znowu nas wysłał gdzie indziej?” i moje ulubione: „Ile oni chcą za ten parking?!”

Newport był piękny. Rezydencje, jachty, stare fortuny. Patrząc na te domy człowiek zaczyna analizować całe swoje życie zawodowe i dochodzi do wniosku, że najwyraźniej trzeba było się w swoim czasie zainteresować handlem stalą lub bankowością.

Cape Cod był natomiast dokładnie taki, jak obiecują filmy. Ocean, drewniane domki, małe porty, lobster rolle i ludzie wyglądający tak, jakby największym problemem ich dnia było to, czy wypić Chardonnay przed czy po spacerze z psem.

Boston miał już więcej powagi. Freedom Trail, Public Garden, port, Harvard. Na Harvardzie upewniliśmy się, że rzeczywiście wygląda jak miejsce, w którym przyszli prezydenci, miliarderzy i ludzie, którzy później tłumaczą reszcie świata jak żyć, siedzieli kiedyś na podobnych ławkach.

Potem Maine. Latarnie morskie, homary, spokojne miasteczka i Ameryka coraz bardziej oddalona od Manhattanu. Im dalej na północ, tym mniej garniturów, więcej polarów i coraz większe samochody. W pewnym momencie zaczynasz podejrzewać, że pickup nie jest tam środkiem transportu, tylko elementem tożsamości.

New Hampshire dołożyło góry, lasy i mgłę. Taką mgłę, że widoki były zapewne spektakularne, tylko ich nie widzieliśmy. Był też dzień, kiedy przeszliśmy 17 kilometrów, z czego około sześciu dzięki bardzo twórczej interpretacji trasy przez Google Maps. Technologia podobno ma człowiekowi ułatwiać życie. Google najwyraźniej uważało, że potrzebujemy więcej ruchu.

Była również karta płatnicza, która przy jednym lunchu postanowiła zakończyć współpracę. Bank uznał zapewne, że skoro człowiek z Polski płaci za owoce morza w Nowej Anglii, to ewidentnie mamy do czynienia z międzynarodowym przestępstwem finansowym. Policja wszystko spisała, karta ożyła i światowy system bankowy przetrwał.

W Walmart natomiast poproszono nas o dokument przy zakupie alkoholu. To był jeden z najpiękniejszych momentów tej podróży. Człowiek już dawno przekroczył granice 21 lat , a tu nagle ktoś oficjalnie chce sprawdzić, czy aby na pewno jest pełnoletni. Ameryka naprawdę potrafi podnieść samoocenę.

Na koniec wróciliśmy do Nowego Jorku. Tym razem muzea, Brooklyn, Greenpoint, most Brookliński, Manhattan i odnowiona Penn Station.

Zobaczyliśmy też Nowy Jork od strony rodzinnej. Syn, jego amerykańska rodzina, codzienne życie, mieszkanie, praca. I wtedy miasto przestaje być dekoracją z filmu, a zaczyna być miejscem, w którym ktoś naprawdę rano wstaje, jedzie do biura, robi zakupy i narzeka na ceny benzyny. Czyli dokładnie jak wszędzie:)

I właśnie to chyba było najciekawsze w tej podróży. Nie samo „zwiedzanie Ameryki”, ale oglądanie kilku różnych Ameryk naraz. Tej bogatej z Newport. Akademickiej z Harvardu. Pocztówkowej z Cape Cod. Spokojnej z Maine. Górskiej z New Hampshire. Polskiej z Greenpointu. I nowojorskiej, która nadal uważa, że jeśli coś jest absurdalnie drogie, to widocznie jest tego warte.

Teraz siedzimy w lounge na JFK. Co ciekawe, alkoholu tu nie leją i bardzo nam się to podoba, bo dzięki temu jest spokojnie, cicho i prawie pusto. Widać część pasażerów bez kieliszka w ręku nie uznaje lotniskowego luksusu za pełnowartościowy.

Update : właśnie przyszli nasi … i nagle zrobiło się bardzo głośno i gwarno. I mnóstwo pięknej podwórkowej polszczyzny na całą lounge …dosłyszałem nawet , że Roksana nigdy nie stoczy się poniżej biznes klasy. Nie po to „trzepie dużą kasę”. Na szczęście nie musiałem już słyszeć , w jaki sposób ją trzepie.

W telefonach zdjęcia i filmiki. W walizkach rzeczy, których z całą pewnością nie było przy przylocie. Na koncie kilka nowych doświadczeń i kilka mniej dolarów.

Ameryka zostaje za nami. Na razie. Oczywiście nie jesteśmy tu po raz ostatni. Ameryka przestała być dla nas tylko kierunkiem podróży, bo jesteśmy z nią rodzinnie związani. Dla Poznaniaków to może trochę nietypowy kierunek rodzinnych powiązań , tradycyjnie częściej patrzyło się przecież na Berlin i Zagłębie Ruhry niż na Brooklyn, ale nam ta konfiguracja wyjątkowo odpowiada. Mamy więc bardzo dobry powód, żeby wracać. I co gorsza, naprawdę nam się tu podoba. Mamy naszą amerykańską rodzinę , więc wracamy do naszych.

Autorzy

Zostaw odpowiedź

O nas

Jesteśmy rodzinną redakcją. Nasi redaktorzy mieszkają i pracują w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Łączy nas uważne patrzenie na świat w czasach, gdy zmienia się on szybciej niż zdążamy go opisać. Obserwujemy. Wymieniamy się wiedzą. Piszemy bez agendy i bez reklam bo ten blog nigdy nie był o zarabianiu. Jest o rozumieniu.

Oglądaj nasz kanał na YouTube
1e561798-fbce-4e67-b403-b363891c53e8
Śledź nas na Instagramie

Szukaj

Uchwycone w drodze

Odkryj więcej z Mefromeurope

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej