
Wracamy. Trochę zmęczeni, trochę mądrzejsi, zdecydowanie ciężsi o kolejne wspomnienia i lżejsi o kilka dolarów. Nowy Jork, New England, setki kilometrów, miasta, wybrzeże, góry, rodzinne spotkania i kilka sytuacji, których żaden przewodnik nie przewidział. Na koniec JFK, ostatnia kawa i różne plany …

Greenpoint: kawa po nowojorsku, schabowy po polsku i historia, która momentami zatrzymała się gdzieś między Batorym, Domem Narodowym a Krzysztofem Krawczykiem. Spacerujemy po dawnej „Little Poland”, sprawdzamy, co zostało z emigracyjnego mitu.

Nowy Jork najlepiej smakuje bez pośpiechu: trochę ulicy, trochę przypadku i obowiązkowo coś dobrego do zjedzenia. Greenpoint w swojej najbardziej codziennej wersji.

Podróż powoli się kończy, więc czas na obowiązkowy shopping, trochę cierpliwości pod przebieralnią i ostatnie odkrycia przed Nowym Jorkiem. Hudson zachwyca rzeką, starymi domami i nowymi cenami, które rosną razem z liczbą białych kołnierzyków przyjeżdżających tu na weekend z Brooklynu. Jutro jedziemy wzdłuż Hudson River prosto na Manhattan.

Mount Washington, pierwsze kolory Indian Summer i droga w głąb Ameryki. Po drodze góry, historia, amerykańscy TIR-owcy i Hudson Valley.

Wczoraj White Mountains schowały się przed nami za ścianą deszczu i mgły. Dzisiaj uznały reklamację: góry, lasy, wodospady, czerwony most w Jackson i pierwsze jesienne kolory. New Hampshire wreszcie pokazało, po co się tu przyjeżdża.

Dzisiaj zobaczyliśmy naprawdę sporo. Góry, jeziora, lasy i piękne widoki Nowej Anglii. Problem w tym, że wyłącznie wiedzieliśmy, że gdzieś tam są. Mgła i ulewa zadbały, żebyśmy przypadkiem nie zobaczyli ich na własne oczy. Prawie zobaczyliśmy Amerykę. Prawie.

Są takie dni w podróży, kiedy nie trzeba zaliczać dziesięciu atrakcji. Wystarczy jechać przed siebie, zatrzymywać się tam, gdzie coś wygląda interesująco, i pozwolić, żeby historia sama weszła w kadr. Dzisiejszy dzień w Maine był właśnie taki. Zaczęliśmy od Portland Head Light w Cape Elizabeth. Biała latarnia, granatowy Atlantyk, skały, dom latarnika z czerwonym dachem.…

Polska i Ameryka. Dwa kraje, dwie historie, ale znacznie więcej wspólnego, niż czasem nam się wydaje. Przez Nową Anglię patrzę na Amerykę z bliska: bez mitów, bez kompleksów i bez zachwytu na zamówienie. 🇵🇱 🇺🇸

Boston miał być spacerem po historii Ameryki, skończyło się na 17 kilometrach, policji i banku, który po tygodniu odkrył, że jestem w USA. Nawet niezłomna Ela w końcu musiała usiąść.

Gdyby nie szerokie ulice i ogromne samochody, można by pomyśleć, że trafiliśmy do Londynu. Z portu w Harwich, przez Hyannis i świat Kennedych, ruszamy do Bostonu. A tam czeka na nas Europa z amerykańskim akcentem. Tylko SUV-y są zdecydowanie za duże.