Wyjeżdżamy z Nowego Orleanu o świcie, a powietrze stoi w miejscu jak ściana. Termometr od razu pokazuje ponad 35 stopni Celsjusza, pot spływa po plecach, zanim zdążymy zamknąć drzwi auta. Jedziemy wzdłuż Zatoki Meksykańskiej, którą w telewizji coraz częściej nazywają Zatoką Amerykańską, lekko i z uśmiechem powtarzają pomysł Donalda Trumpa. Wjeżdżamy do Alabamy, asfalt drży od gorąca, a rozgrzane powietrze miesza się z błękitem nad głową, który towarzyszy nam od pierwszych kilometrów tej trzydniowej trasy.

W Alabamie odbijamy w głąb lądu, w stronę Fort Novosel, dawnego Fort Rucker. Jedziemy przez falujące od gorąca pola, a ponad 35 stopni Celsjusza czuć nawet przy włączonej klimatyzacji. United States Army Aviation Museum wyrasta nagle z zieleni jak hangar z filmu, a w środku czekają na nas śmigłowce i samoloty wojskowe z roznych epok. Jest tez halikopter, ktorym poruszał się Ronald reagan. Idziemy po chłodnej podłodze, czytamy o pilotach z pierwszej wojny światowej, o śmigłowcach z Wietnamu, o misjach w Iraku i Afganistanie, historia lotnictwa armii USA układa się w jedną długą linię nad naszymi głowami.

Późnym popołudniem docieramy do Pensacoli, słońce wisi nisko, ale upał nie odpuszcza, wciąż ponad 35 stopni Celsjusza. To tutaj w 1559 roku Hiszpanie zakładali pierwszą europejską osadę na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, przybijali do brzegu w ciężkim pancerzu, patrzyli na tę samą linię piasku. Dziś widzimy biel plaż jak rozsypaną mąkę i spokojną wodę Zatoki, a raczej Zatoki Amerykańskiej, jak chcieliby politycy z telewizji. Jedziemy na Fort Pickens, dziewiętnastowieczną ceglaną twierdzę, która kiedyś pilnowała wejścia do zatoki, a teraz tylko milczy i obserwuje turystów, mewy i rozgrzane powietrze.

Drugiego dnia jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża Florydy, powoli, bo droga prowadzi przez małe miasteczka i domy na palach. Benzynowe stacje i bary wyglądają jak z filmów drogi, a na każdym rogu ktoś macha nam ręką, pyta skąd jesteśmy, życzy dobrej podróży, jakby znał nas od lat. W Apalachicoli, dawnym dziewiętnastowiecznym porcie bawełnianym, czas naprawdę zwalnia, magazyny z czasów hiszpańskich i późniejszych wciąż stoją przy nabrzeżu. Upał znów przekracza 35 stopni Celsjusza, pot leje się po karku, a my patrzymy na spokojną wodę i łatwo wierzymy, że tu wszystko toczy się swoim wolnym rytmem.

Po drodze uciekamy przed żarem do wielkich amerykańskich supermarketów, podjazd, drzwi się otwierają i nagle zderzamy się ze ścianą chłodu. Na półkach leżą gigantyczne opakowania, kilkulitrowe napoje ustawione w równych rzędach, paczki chipsów wielkości plecaka, całe palety płatków śniadaniowych. Klimatyzacja szumi nad głową, odcina nas od ponad 35 stopni Celsjusza na parkingu, czujemy jak skóra odpoczywa. Przy kasach kasjerzy i kasjerki zagadują serdecznie, pytają skąd jesteśmy, uśmiechają się szeroko, życzą dobrej drogi, jakby wysyłali nas dalej w świat, i ta zwykła codzienność Ameryki wciąga nas tak samo jak widok plaż.

Wieczorem docieramy do Melbourne Beach, druga doba podróży kończy się przy szumie oceanu. Temperatura wciąż trzyma się powyżej 35 stopni Celsjusza, ale bryza znad wody rozcina upał i przynosi ulgę, pierwszy raz od dawna oddychamy głębiej. Plaża jest spokojna, ludzie idą wolno wzdłuż linii wody, dzieci budują zamki, ktoś rzuca frisbee, ktoś inny siedzi na chłodnej już desce surfingowej. Patrzymy jak światło zachodu kładzie się na piasku, a ciepło dnia wreszcie zaczyna opuszczać nasze ramiona.

Trzeciego dnia jedziemy w stronę Cape Canaveral, szosa biegnie równolegle do linii wybrzeża, a upał wraca jak wierny towarzysz, znów ponad 35 stopni Celsjusza. Hiszpańscy żeglarze znali to miejsce od dawna, mówili na nie Cabo Cañaveral i oznaczali je na swoich mapach, gdy płynęli wzdłuż tego wybrzeża. Dziś patrzymy na inne statki, rakiety NASA ustawione pionowo przy centrum kosmicznym, białe sylwetki na tle nieba. Zatrzymujemy się przy punktach widokowych, czytamy tablice o lotach na Księżyc i misjach wahadłowców, a w głowie mieszają się obrazy dawnych żagli i współczesnych silników rakietowych.

Na koniec trzeciego dnia wjeżdżamy do Miami, po spokojnych miasteczkach wybrzeża uderza nas ruch, kolor, światło. Palmy stoją wzdłuż szerokich ulic jak dekoracja, neony odbijają się w szybach wysokich wieżowców, a powietrze wciąż jest gęste i gorące, jakby ponad 35 stopni Celsjusza nie chciało odpuścić nawet po zachodzie słońca. Jedziemy w stronę Ocean Drive, oglądamy pastelowe budynki w stylu art deco, ludzi wracających z plaży z ręcznikami na ramionach, samochody sunące powoli w świetle wieczornych świateł. Patrzymy na miasto, które kończy naszą trzydniową drogę wzdłuż rozpalonej Zatoki, cokolwiek dziś mówi o niej polityka i telewizja.







































































Zostaw odpowiedź