Loteria paszportowa
Paszport leży dziś w szufladzie i trochę nam zawadza. Wyrabiamy go z rozpędu, bo może kiedyś się przyda na wakacje w Albanii albo przy jakiejś dalekiej podróży. Zwykły dokument, numer, zdjęcie, opłata, odbiór. Nic szczególnego. Dzieci traktują go jak coś oczywistego, jak kartę do biblioteki albo legitymację na siłownię. Tymczasem dla poprzedniego pokolenia ten sam mały zeszyt oznaczał coś kompletnie innego. Granicę między światem zamkniętym a otwartym. Mamy więc dwa paszporty, dwie epoki i jedną rodzinę, która pamięta jedno i korzysta z drugiego. Dla człowieka żyjącego w Polsce Ludowej paszport nie był rzeczą, którą posiada się tak jak kurtkę czy walizkę. W świetle prawa nie należał do obywatela. Był własnością państwa i po powrocie zza granicy trzeba go było grzecznie odnieść do odpowiedniego okienka. Nie zostawiało się go w szufladzie obok zdjęć z wakacji. Oddawało się go jak klucz do magazynu. Paszport wydawało Biuro Paszportów, instytucja podporządkowana Milicji Obywatelskiej, a więc aparatu władzy. Trudno o lepszy symbol, że wyjazd za granicę był nie tyle prawem, ile przywilejem przyznawanym przez państwo obywatelowi, jeśli ten właściwie się sprawował.

Zwykły człowiek, który chciał po prostu zobaczyć świat, musiał przygotować się na małą wyprawę administracyjną. Najpierw formularz, najlepiej w kilku egzemplarzach, bo zawsze coś się mogło pomylić. Potem zaświadczenie z zakładu pracy, że rzeczywiście tam pracuje, że jest potrzebny i że zakład łaskawie zgadza się na jego wyjazd. Do tego zgoda przełożonego, raz oficjalna na papierze, raz nieoficjalna w postaci krótkiego komentarza. Trzeba było uzasadnić, po co się jedzie i dokąd. Do rodziny, na wycieczkę, do sanatorium. Deklaracja, że jedzie się po prostu zobaczyć wieżę Eiffla, brzmiała podejrzanie.
Kolejki przed biurami paszportowymi zaczynały się o świcie. Niektórzy przychodzili w nocy i drzemiąc na ławkach pilnowali swojego miejsca na liście. System kolejkowy rządził się własnymi prawami. Ktoś spisywał nazwiska na kartce, ktoś wywoływał numer, ktoś się obrażał, że go przestawili. W tle krążyło nieodłączne pytanie czy w ogóle warto, skoro i tak mogą odmówić bez żadnego wyjaśnienia. A mogli. Służba Bezpieczeństwa sprawdzała, czy wnioskodawca jest tak zwanym obywatelem bezpiecznym politycznie. Wystarczył podpis pod nieodpowiednią petycją, obecność na nie tym zebraniu, albo po prostu zły humor funkcjonariusza i decyzja była negatywna. Odmowa przychodziła lakonicznie, bez uzasadnienia. Wiele osób ma w pamięci zdanie, które w różnych wariantach brzmiało podobnie. Obecnie brak podstaw do wydania dokumentu. Koniec historii. Stan Wojenny w grudniu 1981 dla wielu ludzi koniec z wyjazdami oznaczał nie tylko utratę szansy na handel dżinsami, lecz przede wszystkim poczucie, że ktoś zamknął drzwi na klucz i ten klucz trzyma w szufladzie u siebie.
Sama możliwość wyjazdu na Zachód była dodatkowo obwarowana przepisami dewizowymi. Posiadanie dolarów poza odpowiednimi ramami było nielegalne. Trzeba więc było starać się o osobne zezwolenie dewizowe. Jeszcze jeden wniosek, jeszcze jedno upokorzenie, jeszcze jeden urzędnik, który patrzył znad biurka z wyższością. Zwykły człowiek, który marzył o tym, żeby pójść do sklepu w Wiedniu i zobaczyć co to znaczy pełne półki, musiał przejść przez całą tę wielostopniową selekcję. Nic dziwnego, że paszport stawał się nie dokumentem tożsamości, lecz biletem na inną planetę. W tej scenerii rodziły się historie, które dziś brzmią jak absurdalna anegdota, a wtedy były po prostu codziennością. W 1978 roku pewien pan z Lublina postanowił złożyć wniosek paszportowy. Przygotował się wzorowo. Zabrał wszystkie dokumenty, jakie udało mu się zdobyć, wypełnił formularz w trzech egzemplarzach, dołączył zdjęcia, podpisał się w odpowiednich rubrykach. W kolejce stał od czwartej rano. Gdy wreszcie usiadł naprzeciwko urzędniczki, z dumą wysypał na biurko cały ten mały papierowy dobytek.
Urzędniczka spojrzała na stertę papierów, westchnęła i po chwili milczenia oznajmiła, że niestety brakuje jednego zaświadczenia. Konkretnie zaświadczenia, że zgromadzone zaświadczenia są ważne. Nie żartowała. Pan z Lublina zabrał papiery, wrócił do domu, po tygodniu, po kilku podpisach i pieczątkach miał już dodatkowy dokument. Stawił się ponownie, jeszcze raz wystał swoje w kolejce, podał plik przez okienko. W tym momencie okazało się, że formularz, który wypełnił z taką pieczołowitością, właśnie się zdezaktualizował. Zmieniono druk, trzeba zacząć od nowa.

Historia ta krąży dziś po forach internetowych jako klasyczny przykład urzędniczego absurdu. Jednocześnie bardzo dobrze oddaje ducha całego systemu. Mężczyzna z Lublina paszport otrzymał po ośmiu miesiącach. W międzyczasie zdążył dwukrotnie zmienić plany wyjazdowe i raz poważnie zachorować. Gdy wreszcie doczekał się dokumentu, nie dostał zezwolenia dewizowego. Mógł więc legalnie wyjechać, ale nie miał prawa posiadać waluty, za którą mógłby tam żyć. Granica była niby otwarta, lecz przejście przez nią okazywało się loterią, w której główną nagrodą był święty spokój urzędnika, a nie wolność obywatela.
Nie ma już zaświadczeń od szefa, który łaskawie zgadza się na wyjazd. Nikt nie sprawdza w teczkach służb, czy obywatel jest bezpieczny politycznie, zanim pozwoli mu zobaczyć kawałek świata. Nie ma obowiązku zdawania paszportu po powrocie do kraju. Wszystko to, co kiedyś było nagrodą za lojalność, stało się zwykłym elementem porządku prawnego. Polskie przepisy paszportowe i prawo unijne, w tym słynna dyrektywa 2004/38/WE, traktują swobodę przemieszczania się jak prawo, a nie kaprys administracji. Co ciekawe, wielu ludzi w ogóle o tym nie myśli w ten sposób. Paszport jest po prostu. Tak jak kiedyś był telefon stacjonarny, a dziś jest internet w kieszeni.
Kolejny krok na tej drodze stanowi Schengen. Czternastego czerwca 1985 roku pięć krajów Belgia, Francja, Luksemburg, Holandia i ówczesna Republika Federalna Niemiec podpisały układ w małym luksemburskim miasteczku o tej nazwie. To brzmi jak mało ważny epizod dyplomatyczny, jakaś notatka w podręczniku do wiedzy o społeczeństwie. Tymczasem właśnie tam zaczęła się codzienność, w której można przekroczyć granicę bez zatrzymywania się, bez kontroli, bez tłumaczenia się, komu i dokąd się jedzie. Konwencja wykonawcza do układu z Schengen weszła w życie dwudziestego szóstego marca 1995 roku. Od tego czasu strefa powiększała się i dziś obejmuje dwadzieścia dziewięć krajów i ponad czterysta milionów ludzi. Liczby te są tak duże, że aż przestają robić wrażenie. Ważniejsze jest to, co dzieje się na poziomie jednostki. Wsiadamy do samochodu w Poznaniu i po kilku godzinach wysiadamy w Berlinie, nie wyjmując dokumentów z portfela. Dla kogoś, kto pamięta kontrole graniczne, budki, szlabany i lęk przed tym, czy celnicy nie znajdą czegoś w bagażu, jest to zmiana niemal metafizyczna.
Polska dołączyła do strefy Schengen. Jeszcze robiono z tego wydarzenie, mówiono o końcu pewnej epoki, o symbolicznym otwarciu granic. Dziś młodsi ludzie często nie bardzo rozumieją, po co to całe zamieszanie. Granica jest dla nich linią na mapie, a nie szlabanem w środku nocy. Może i dobrze. Może największym sukcesem Schengen jest właśnie to, że przestajemy o nim myśleć. Że fakt, iż możemy pojechać do Lizbony bez paszportu, jawi się jako coś tak normalnego jak przejazd z jednego województwa do drugiego.
Pozostaje więc pytanie, czy powinniśmy wracać pamięcią do tamtych czasów po to, żeby lepiej doceniać to, co mamy. Czy warto w rodzinnych rozmowach odkurzać wspomnienia kolejek, odmów i groteskowych wymogów dotyczących zaświadczeń. Być może tak, bo te historie są częścią naszej wspólnej biografii i pokazują, jak krucha potrafi być wolność. A może właśnie to, że o nich nie myślimy na co dzień, że paszport w szufladzie nie budzi w nas żadnych emocji, jest znakiem, że pewna zmiana naprawdę się udała. Możemy więc wyobrazić sobie scenę, w której dziadek opowiada wnukowi o swoim pierwszym paszporcie, o czekaniu w kolejce i o tym legendarnym zaświadczeniu, które miało potwierdzać ważność innych zaświadczeń. Wnuk słucha, trochę się dziwi, trochę uśmiecha i chowa swój własny dokument z chipem z powrotem do plecaka. Dla jednego paszport był los na loterii, czasem wygrany, częściej przegrany. Dla drugiego jest po prostu plastrem papieru i plastiku, który pozwala bez komplikacji przekraczać kolejne granice. Może właśnie w tym cichym braku zachwytu kryje się największa pochwała naszych czasów. Wolność staje się codzienna, a to, co wczoraj było przywilejem, dziś jest niespektakularnym, lecz bezcennym elementem zwykłego życia.

























































Zostaw odpowiedź