RPA – kraj piękny i rozdarty

Republika Południowej Afryki zaczyna się dla mnie od światła. Jest ostrzejsze niż to, do którego przywykłem w Europie, jakby ktoś zwiększył kontrast całego świata. W Kapsztadzie poranek spływał po zboczach Góry Stołowej jak srebrny pył, morze iskrzyło się obietnicą, a powietrze było tak przejrzyste, że odległość przestawała być wiarygodna. Wszystko wydawało się bliżej: góry, ocean, ludzie. Tylko historia pozostawała gdzieś dalej, wyparta, ale jednocześnie wszechobecna jak cień.

To kraj, który uwodzi bezwstydnie. Na Przylądku Dobrej Nadziei wiatr wdzierał mi się pod kurtkę, niosąc zapach soli i suchych traw, a fale rozbijały się o skały z siłą, która przypominała, że tu dwa oceany uczą się ze sobą współistnieć. W drodze przez Przełęcz Chapmana klif urywał się nagle, a droga przyklejała się do skały jak wstęga odwagi. Co zakręt inny widok: turkusowe zatoki, białe plaże, domy przyczepione do zboczy, jakby ktoś posiał je w pośpiechu. I człowiek naprawdę mógłby uwierzyć, że to jest koniec świata, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Później była sawanna. Wschód słońca w Parku Krugera miał w sobie coś z nabożeństwa. Cisza nie była ciszą, ale zbiorem drobnych dźwięków: trzasku suchej trawy pod łapą, dalekiego śpiewu ptaka, szelestu liści poruszanych przez niewidzialne zwierzę. Słońce wschodziło powoli, jakby z namysłem, wyciągając z ciemności sylwetki żyraf, które poruszały się z godnością starożytnych znaków. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem stado słoni przechodzących przez drogę, zrozumiałem, jak bardzo brakuje nam w Europie takiego poczucia, że świat nie jest nam dany na własność, ale jedynie wypożyczony.

A jednak im bardziej zachwycałem się przyrodą, tym mocniej czułem, że ten krajobraz niesie w sobie również ciężar, którego nie widać na pocztówkach. Na horyzoncie, obok sylwetek drzew, rysowały się inne kontury: linie podziałów, niewidzialne granice między tymi, którzy mogą pozwolić sobie na podziwianie zachodu słońca nad sawanną, a tymi, którzy tu mieszkają, ale nigdy nie przekroczą bram parku narodowego. Piękno, które podziwiałem, było częściowo luksusem, na który większość tutejszych ludzi nie mogła sobie pozwolić.

W Johannesburgu piękno miało inne oblicze. Na pierwszy rzut oka to miasto jest chaosem betonu, szkła i autostrad biegnących nad głowami. Ale między wieżowcami i centrami handlowymi kryły się przestrzenie, w których kultura pulsowała jak ukryte serce. W dzielnicy Maboneng wieczory należały do muzyki i jedzenia: zapach grillowanego mięsa mieszał się z aromatem przypraw, a z otwartych okien kawiarni dobiegał jazz. Ludzie tańczyli na ulicy, jakby próbowali zatańczyć coś więcej niż tylko rytm, jakby ten taniec był próbą wymazania dawnego bólu, choć na chwilę.

W Soweto piękno było jeszcze bardziej przewrotne. Kolorowe murale na ścianach, dzieci bawiące się na ulicach, kobiety siedzące przed domami i rozmawiające ze sobą z tą swobodą, która rodzi się z lat wspólnego trwania. A jednocześnie pod tą codziennością nieustannie pulsowała pamięć: o protestach, o strzałach, o ulicach, które pamiętają krew. Przewodnik wskazał mi szkołę, z której wyszli uczniowie w czerwcu 1976 roku, i nagle zwykła ulica zamieniła się w przestrzeń, po której chodziłem ciszej, jakby głośniejszy krok mógł zakłócić coś świętego.

Rozmowy z ludźmi krążyły zawsze wokół tego samego tematu, nawet jeśli zaczynały się od czegoś zupełnie innego. Ktoś opowiadał mi o ulubionych plażach, by po chwili przejść do historii swojej rodziny, przesiedlanej z dzielnicy do dzielnicy. Ktoś inny wspominał dzieciństwo w townshipie, gdzie linia między zabawą a przemocą była cienka jak drut kolczasty, który czasem naprawdę dzielił ich świat na pół. Apartheid nie był tu abstrakcyjnym hasłem z podręcznika historii; był czymś, co miało konkretne nazwiska, adresy i zapachy. Wystarczyło zapytać o przeszłość, by zobaczyć, jak spojrzenie rozmówcy na chwilę odpływa gdzieś daleko.

Najtrudniejsze w RPA było dla mnie to nieustanne napięcie między zachwytem a wstydem. Zachwytem nad przyrodą, która zdaje się nie znać słowa „granica”: od czerwonych piasków Kalahari po chłód Gór Smoczych, od winnych dolin Stellenbosch po wilgotną zieleń nad rzeką Tugela. I wstydem, że jako turysta mogę poruszać się po tym pejzażu z lekkością, którą zapewniają mi paszport, pieniądze i kolor skóry, podczas gdy wielu mieszkańców tego kraju wciąż zmaga się z dziedzictwem systemu, który przez dekady wykluczał ich z pełnego uczestnictwa w życiu własnej ojczyzny.

Na Robben Island, gdzie więziono Nelsona Mandelę, widok na Kapsztad był niemal okrutnie piękny. Z wyspy miasto prezentowało się jak obietnica: białe domy, błękit zatoki, majestatyczna sylwetka Góry Stołowej. Stałem przy murze więzienia, patrząc na ten widok, i myślałem o tym, jak to jest widzieć taką urodę codziennie przez niewielkie okno celi, nie mogąc do niej podejść ani jej dotknąć. Ta wyspa nauczyła mnie czegoś o RPA, czego nie da się wyczytać z raportów i analiz: że piękno może być także narzędziem tortury, gdy pozostaje za szybą, nieosiągalne.

A jednak, mimo tej historii, w ludziach, których spotykałem, było zaskakująco dużo czułości wobec własnego kraju. W taksówkach, w barach, na przystankach autobusowych wciąż słyszałem to samo zdanie: „It’s complicated, but it’s home”. Komplikacja była widoczna w nierównościach, które nie zniknęły wraz z upadkiem apartheidu: w ostro odciętych od siebie dzielnicach, w płotach pod napięciem, w ochroniarzach stojących przed wejściami do sklepów. Dom wyrażał się w sposobie, w jaki ludzie mówili o krajobrazie, o językach, o jedzeniu, o muzyce – jak o czymś, co, mimo wszystko, pozostaje wspólne.

RPA nauczyła mnie, że można kochać miejsce, nie zamykając oczu na jego ciemne strony. Że zachwyt nie musi oznaczać naiwności, a krytyka nie wyklucza podziwu. Gdy myślę o tym kraju, widzę na przemian obrazy: lwa leżącego leniwie w cieniu akacji i dziewczynę w szkolnym mundurku przechodzącą obok tablicy upamiętniającej zastrzelonych uczniów; złote światło zachodu słońca nad Kapsztadem i rzędy blaszanych domów ciągnące się kilometrami na obrzeżach miasta. Żaden z tych obrazów nie jest pełny bez drugiego.

Kiedy samolot wzbijał się w powietrze, zostawiając za sobą południowy kraniec Afryki, miałem poczucie, że wyjeżdżam z miejsca, które nie daje się zamknąć w prostym zdaniu. Republika Południowej Afryki pozostała we mnie jak niedokończona opowieść: piękna i bolesna, pełna sprzeczności, które nie chcą się ułożyć w harmonijną całość. Być może właśnie dlatego tak łatwo się w niej zakochać – bo przypomina nas samych, z naszymi bliznami, marzeniami i nieustannym pragnieniem, by mimo wszystko wierzyć, że pewnego dnia piękno i sprawiedliwość będą mogły stanąć obok siebie, bez poczucia winy.

Dodaj komentarz

O nasAbout us

Jesteśmy rodzinną redakcją. Nasi redaktorzy mieszkają i pracują w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Łączy nas uważne patrzenie na świat w czasach, gdy zmienia się on szybciej niż zdążamy go opisać. Obserwujemy. Wymieniamy się wiedzą. Piszemy bez agendy i bez reklam bo ten blog nigdy nie był o zarabianiu. Jest o rozumieniu.We are a family editorial team. Our editors live and work in Poland, the United Kingdom and the USA. What connects us is paying close attention to the world at a time when it changes faster than we can describe it. We observe. We share what we know. We write with no agenda and no ads, because this blog was never about making money. It is about understanding.

Oglądaj nasz kanał na YouTubeWatch our YouTube channel
Redakcja Mefromeurope / The Mefromeurope editorial team
Śledź nas na InstagramieFollow us on Instagram Śledź nas na XFollow us on X

SzukajSearch

Uchwycone w drodzeCaptured on the road

Odkryj więcej z Mefromeurope

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej