Greenpoint to trochę Polska, która wysiadła z transatlantyku, rozejrzała się po Brooklynie i uznała, że skoro już przepłynęła Atlantyk, to nie będzie teraz zmieniać przyzwyczajeń. I chyba dlatego podczas spaceru po Manhattan czy Nassau Avenue można jeszcze znaleźć polski zakład fotograficzny Kubuś, polskiego adwokata imigracyjnego, polską przychodnię, sklep mięsny z biało-czerwoną flagą, restaurację Pyza, delikatesy Star, polską szkołę i Dom Narodowy i cokolwiek pod nazwą się kryje w zaniedbanym budynku z grafitti na murach. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę jest w Nowym Jorku, czy może gdzieś pomiędzy Rzeszowem a Białymstokiem, tylko parkometry są droższe.


Polacy zaczęli osiedlać się na Greenpoincie na większą skalę już pod koniec XIX wieku. Przyjeżdżali przede wszystkim z Galicji i Kongresówki, najczęściej „za chlebem”, do pracy w fabrykach, rafineriach i zakładach przemysłowych północnego Brooklynu. Parafia św. Stanisława Kostki powstała pod koniec XIX wieku i stała się jednym z najważniejszych punktów skupiających miejscową Polonię.


Z czasem Greenpoint dorobił się własnych sklepów, restauracji, organizacji, banków, lekarzy, prawników i oczywiście miejsc, w których można było przedyskutować sytuację w Polsce dokładniej niż robił to polski rząd.
A potem pojawił się Batory. Legendarny polski transatlantyk przez 33 lata służby odbył 222 regularne przeprawy i przewiózł ponad 270 tysięcy pasażerów. Dla części z nich podróż przez Atlantyk była wycieczką. Dla innych była przeprowadzką na resztę życia. Wsiadali w Europie z walizką, kilkoma adresami zapisanymi na kartce i przekonaniem, że „w Ameryce jakoś sobie człowiek poradzi”. Wielu rzeczywiście sobie poradziło.
Sam Batory pływał do Nowego Jorku także po wojnie. A potem był jeszcze MS Stefan Batory…. Można więc powiedzieć, że dla kilku pokoleń Polaków Atlantyk nie kończył się na Manhattanie. Dalej był jeszcze Greenpoint.
W latach 70. i 80. nastąpiła kolejna wielka fala polskiej emigracji. Greenpoint stał się wtedy prawdziwą „Little Poland”. Przyjeżdżali ludzie szukający dolarów, normalnego życia, czasami wolności politycznej, a często wszystkiego naraz. Po wprowadzeniu stanu wojennego i represjach wobec Solidarności emigracja jeszcze wzrosła.
I wtedy Greenpoint zaczął pełnić jeszcze jedną niezwykle ważną funkcję. Stał się polską sceną po drugiej stronie Atlantyku.




Do Polskiego Domu Narodowego przyjeżdżali artyści, których w PRL znała cała Polska. Występowali tutaj między innymi Irena Santor, Jerzy Połomski, Violetta Villas, Irena Jarocka, Piotr Szczepanik, Hanka Bielicka, Bogdan Smoleń, Jan Kobuszewski, Daniel Olbrychski, Anna Dymna, Anna Seniuk, Piwnica pod Baranami i Wiesław Ochman. Był też Krzysztof Krawczyk. Dla artystów tournée po Stanach było nie tylko spotkaniem z Polonią, lecz także przedsięwzięciem bardzo korzystnym finansowo, bo dolar w realiach PRL miał właściwości niemal metafizyczne. Dzisiaj też odkrywamy wizyty naszych śpiewaków – wczoraj występował tu Piasek-Piaseczny , niedługo będzie Organek.
I właśnie dlatego uznaliśmy, że trzeba zadbać o ciągłość tradycji. Synowi podarowaliśmy płytę Krzysztofa Krawczyka z bardzo precyzyjną instrukcją obsługi: otworzyć okno na Greenpoincie, ustawić głośność na poziomie wymagającym konsultacji z administracją budynku i puścić Krawczyka na cały regulator.
Nie chodzi oczywiście o zwykłe słuchanie muzyki. To jest program integracyjny. Bo kiedy z okna na Brooklynie poleci „Parostatek”, „Bo jesteś ty” albo „Jak minął dzień”, są zasadniczo dwie możliwości. Albo sąsiad zadzwoni na policję, albo zapuka i powie:
„Podgłośnij pan trochę”.
W obu przypadkach pierwsze kontakty z dzielnią zostaną nawiązane.




Greenpoint oczywiście się zmienia. Fabryki zniknęły, czynsze wystrzeliły, młodzi profesjonaliści i artyści zajęli mieszkania po dawnych emigrantach, a liczba Polaków systematycznie spada.
Dzisiejszy Greenpoint jest dużo bardziej międzynarodowy niż jeszcze dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Ale polska warstwa nadal jest tutaj wyraźnie widoczna, na szyldach, kościołach, restauracjach, szkołach, przychodniach i tablicach ogłoszeniowych i …ludziach. Częste długie blond warkocze lub „trwała” u pań w pewnym wieku, wywołują wspomnienia wojaży w Małopolsce.


Na jednej z nich znaleźliśmy nawet ogłoszenie IPN o koncercie Tadka, czyli Tadeusza Polkowskiego, rapera od lat śpiewającego o Żołnierzach Wyklętych i polskiej historii. Jego utwory mają prostą konstrukcję. Bohaterowie są bohaterami, zdrajcy zdrajcami, a miejsca na półcienie i historyczne niuanse zostaje niewiele. I może właśnie dlatego tak dobrze pasują do tej części Greenpointu, gdzie emigracyjna pamięć również lubi prosty podział: tam była niewola, tutaj wolność. Jakby czas trochę stanął w miejscu, a Polska nadal była krajem, z którego trzeba uciekać, a nie dużą europejską gospodarką należącą do świata G20. Tylko po co burzyć sens decyzji ludzi, którzy kiedyś zostawili wszystko i przyjechali tutaj zaczynać od zera? Oni potrzebowali wierzyć, że wybrali wolność. My, spacerując dziś po Greenpoincie, trochę ten mit razem z nimi podtrzymujemy.

Kilkaset metrów dalej reklamuje się polska szkoła, jeszcze dalej polski lekarz, prawnik i restauracja. Historia zrobiła więc dość zabawne koło. Sto lat temu Polacy przypływali tutaj z walizkami, żeby zostać Amerykanami.
Dzisiaj ich wnuki mówią po angielsku znacznie lepiej niż po polsku, piją cold brew i płacą kilka tysięcy dolarów za mieszkanie w dzielnicy, którą ich dziadkowie wybierali dlatego, że była tania. Ale część polskich przybytków wymaga reparacji , odrestaurowania. Polski orzeł na eksploatowany na polskich witrynach wymagałby nowego wizerunku. Czasami jestestwo zamiedbany , jak Polska , że której nasi emigranci zabrali go ze sobą. Dzisiaj powinien wyglądać zdecydowanie lepiej, ale pewnie to kosztuje …

A Krawczyk? Jeżeli syn zastosuje się do instrukcji, właśnie znowu wróci na Greenpoint.
I to na pełny regulator.







































































