Argentina Travel

Hosteria Los Nostros

22 marca był jeszcze normalnym dniem. Wstałem rano o 5.00, odwiozłem Kubę na trening, pojechałem do pracy. Oczywiście miejsce pracy, atmosfera i okoliczności od lat towarzyszące mojej działalności zawodowej są klimatyczne i trudno jakikolwiek dzień nazwać normalnym. Raczej normalnie niezwykłym -uff, myślę, że jakoś wybrnąłem z podejrzeń o normalną pracę. Niezwykłe jest jednak to, że już od godz 19.15 lotem do Frankfurtu , a potem przez Atlantyk, od tej niezwykłej normalności zaczęliśmy się oddalać. Zaczęliśmy się zbliżać do czegoś, co jeszcze nie ma w naszych głowach definicji i może wrócę do tego tematu pod koniec naszej podróży.

Nie lubię latać przez Atlantyk. Airbusem rzucało przez pół nocy i niestety i tym razem nie udało się spokojnie dotrzec do celu. Uspokajało nas, że dowodził el comandato Schnittke, którego siwiznę dostrzegliśmy w kokpicie wsiadając do samolotu oraz doświadczenie, że niemieccy piloci z LH raczej nie lekceważą prognozy pogody. W takich momentach, kiedy, serwis jest zawieszany przez jakiś czas i nie można nawet wstać do toalety, można pomyśleć o innym comandato – Ferdynandzie Magellanie, Portugalczyku, który w 1519r w małej armadzie pięciu statków i z 270 marynarzami wyruszył, aby dotrzec do Wysp Korzennych. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że do Indonezji. Szczęśliwie dotarł w okolice dzisiejszego Buenos Aires i po załadowaniu zapasów popłynął dalej na południe, gdzie zastała go zima.

Magellanowi zabrała podróż prawie 3 miesiące, nam prawie 14 godzin. Gdyby dodać wszystkie odcinki oraz okresy oczekiwania, to podróż na koniec świata, zabrała nam ponad 24 godziny.

Patagonia – nie ma jednej wyznaczonej formalnie granicy, mogę jednak powiedzieć, że tu, gdzie jesteśmy teraz, to na pewno jest Patagonia.

Wylądowaliśmy w El Calafate po 5 godzinnym pobycie w Buenos i 3,5 godzinnym locie tutaj. Wielki MD 80 argentyńskich linii lotniczych wypełniony był w większości osobliwościami. Wystarczy powiedzieć, że na tle naszych współpasażerów nawet my wyglądaliśmy na w miarę konserwatywną, mieszczańską rodzinę z Europy. Namierzyliśmy rosyjskich polarników, rosyjskich rybaków płynących na zmianę załogi trałowca ( albo łodzi podwodnej), ogorzałe od słońca osiemdziesięcioletnie babcie z kondycją, jakiej o lata młodsi nasi emeryci mogą im zazdrościć, bliżej niezidentyfikowani mundurowi i wielu, wielu innych. A stewardesy wyglądały tak, jaby urwały się z wyborów Miss Argentyny.

Samolot delikatnie wylądował na betonowym pasie otoczonym rzeką i efemerycznymi budynkami struktury lotniskowej. Jak zwykle czekał nas jeszcze mały stres – czy leciał z nami bagaż? I tym razem nasze walizeczki nie chciały polecieć w przeciwnym do naszego kierunku i szybciutko wróciły do swoich państwa. Niewiadoma związana z hasłem, czy leci z nami bagaż, doprowadza mnie do stanu ducha, który nakazuje mi pakować coraz więcej rzeczy do bagażu podręcznego. Pewnie za jakiś czas, będę mieć cięższy bagaż podręczny niż ten oddawany do luków. Ela mówi, że to kwestia wieku, gdy mnie poznała, nie miałem takich obaw. Coś w tym jest, zważywszy, że nigdy jeszcze żaden mój bagaż się nie zgubił.

Na lotnisku czekał na nas Sebastian z nazwiskiem, którego nasza hiszpańska kompetencja językowa nie zdołała ani rozszyfrować ani i zapamiętać. Sebastian miał dla nas samochód, terenowy Ford z paką przykrytą brezentem. W ten sposób udaje mi się uniknąć zainteresowania łowców turystów – po prostu na pierwszy rzut oka, jedzie sobie porozbijana terenówka, jakich tu wiele. Jest to oczywiście naiwna i dęta teza, bo kto w El Calafate widząc ograniczenie, powiedzmy do 60h/ godz zwalnia? Oczywiście tylko nasz Ford, a lokalsi przemykając obok zachodzą w głowę, z której części Niemiec jesteśmy – któż inny miałby tyle szacunku dla znaków drogowych w środku kamiennej pustyni?

Przejmując auto uświadomiliśmy, sobie, że jestemy już 23 godzinę w trasie. A musieliśmy jeszcze przejechać 100 km do naszego hoteliku. Drogę do hotelu, Sebastian wytłumaczył nam w dwóch zdaniach – jak wyjedziecie z lotniska, to na znaku stop w prawo, a potem 100 km prosto. A jak się pomylimy? – zapytałem przezornie- co wtedy? Sebastian chyba nie spodziewał się takiej ofensywnej pytaniny. Tu nie mozesz się pomylić – to jest jedyna droga, którą tutaj mamy- odrzekł z lekką zadumą.

Jak powiedział, tak było. Na stopie skręciliśmybw prawo, a potem …tylko prosto. Po trzech kwadransach byliśmy już za El Calafate, przejechanie miasta zabrało nam 5 minut i po kolejnych kilometrach wjechaliśmy prosto na budkę rangera. Nasz hotelik znajduje się już na terenie Parku Narodowego Perito Morena. Z poprzednich pobytów z Ameryki Południowej zostały mi dwie rzeczy: ambicja, aby w końcu nauczyć się tego pięknego języka ( raz po raz straszy mnie po nocach ta ambicja) oraz, że nie ma najmniejszego sensu próbować się w angielskim w przypadkowych ulicznych sytuacjach, gdyż odpowiedź zawsze i tak przyjdzie po hiszpańsku – z uśmiechem, gestykulacją i radością obcowania w nowym towarzystwie. I tak było tym razem. Ranger, dodatkowo zmylony naszym lokalnym pojazdem, zapytał po hiszpańsku. To co było mierzalne, to długość pytania – powitania – około minuty. I cóż my robimy w takich sytuacjach? Dziękujemy za zainteresowanie, za to, że już poźno, a on jeszcze na posterunku i chce mu się otwierać szlaban, no i ze jedziemy do naszego hotelu Hosteria Los Nostros. Nazwa hotelu była jedynym elementem lingwistycznym, zbliżonym do hiszpańskiego – reszta to piękny język Kochanowskiego i Szymborskiej. Polszczyzna otwiera tu wszystkie bramy, w naszym przypadku była to brama wjazdowa do Parku.

Po 30 minutach i około 10 zającach, których nie udało nam się na szczęście rozjechać ( są tak samo średnio mądre, jak nasze) dojechaliśmy do Los Nostros.

Wszyscy na nas czekali, wiedzieli , jak się nazywamy i skąd jesteśmy. Małe rzeczy a cieszą. To przewaga małych rodzinnych hoteli nad kombajnami hotelowo-gastronomicznymi. Naliczyliśmy jeszcze ca 8 osób, wszyscy towarzyscy, ale na swój sposób wyciszeni. To idealne towarzystwo na końcu świata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s