India Travel

30.12.2011 Fort Ramathra – przed południem

Pierwszy raz w trakcie naszego pobytu zdarzyła nam się przerwa na lunch. Rozleniwia nas atmosfera wyciszenia, także w tym dosłownym znaczeniu. Nie ma w zasięgu wzroku i ucha niczego, co przypominałoby nam o tym, że jesteśmy w kraju z miliardem i sześciuset milionami mieszkańców. 

Śniadanie serwowane na byłym placu apelowym. Plac do złudzenia przypominał mi moje obozy harcerskie. Sami zresztą możecie zobaczyć. Za to żadnych podobieństw nie znaleźliśmy już w czasie spaceru do niedalekiej wioski. Na śniadaniu poznaliśmy się z niemiecką rodziną i razem z przewodnikiem zaczęliśmy schodzić wzdłuż murów fortu. Fort zbudowany w XVII w. i od czasu założenia należy do sekty Chandravasanshi, która, jeśli wierzyć porannej opowieści gospodarza, założona została przez boga Krishna. Dzisiejsi właściciele są w prostej lini potomkami założycieli, stąd z dumą możemy powiedzieć, że obcujemy z boskością. Co ciekawe, gospodarz, Thakur Brijendra Rajpal,  nie odebrał mojego zniuansowanego poczucia humoru jako krotochwili. Z zadumą pochylił głowę i przyznał, że chwilami mu ciężko nieść na swoich barkach tak wielką odpowiedzialność, lecz boskość przecież zobowiązuje.

Ostrożnie schodząc wzdłuż murów można podziwiać perspektywę na kilkadziesiąt kilometrów. Można, jeśli nie ma mgły, a z poranną mgiełką zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Po marszu trwającym dłuższą chwilę, spotkaniu ze stadami kóz (kozic?) dotarliśmy do wioski. 

Powiedziałbym raczej, że wioska dotarła do nas. Gdy tylko nasze postacie zaczęły wyłaniać się z porannej mgły, w naszym kierunku ruszyły dziesiątki kształtów – dużych, małych i jeszcze mniejszych. To mieszkańcy wioski, dla którch byliśmy jeszcze większą atrakcją niż oni dla nas. Kto to zresztą wie? Najważniejsze, że spotkaliśmy się z ludźmi, którzy szczerze cieszyli się, że goście zawitali do ich domów. 

Dzieci uczepiły się Marianny. Nie mogły wręcz uwierzyć, że można mieć jasną karnację skóry i blond włosy. Marianna przyjmowała te wyrazy uwielbienia ze spokojem i pokorą. Pierwsze lekcje odebrała w Tonga, niedaleko granicy RPA i Mozambiku. Tam także była jedną z niewielu białych istot, jakie przybyły do wioski. Wioska była podobna do tych widzianych w Afryce, także w kilku innych aspektach. W większości była zamieszkana przez kobiety i dzieci. Mężczyźni wyjechali do miasta w poszukiwaniu pracy. W oczy rzucały się podobne zabawy dzieci, gonitwa za oponą rowerową itp. Wszystko to już widzieliśmy gdzie indziej na świecie. To kolejny dowód, jak bardzo jesteśmy podobni a różnice stanowią raczej o oryginalności lokalnych kultur. Pod znakiem zapytania stawiam w obliczu takich obserwacji krucjaty rycerzy zakonnych do Palestyny, konkwistadorów w Ameryce Południowej, czy wypraw GROMu do Iraku czy Afganistanu. Nie ma skutku bez przyczyny, a wojowniczość i arogancja Europejczyków nigdy nie zbudowała wartości dodanej z prostego względu. Europejczycy najpierw musieli zniszczyć, to co zastali a na zbudowanie nowej trwałej kultury nigdy nie wystarczyło im czasu i motywacji.  Po prostu, zbyt szybko grabiliśmy i niszczyliśmy dziedzictwo setek lat. A gdy diamentów czy złota przestało wystarczać, to zostawialiśmy to na pastwę historii i tłustych gubernatorów, jak tu w Indiach. 

Kobiety w wiosce albo miały dzień mycia włosów, albo widząc tak dostojnych gości, postanowiły się wyszykować. Mycie głowy bez bieżącej wody nie jest niczym szczególnym. Ciekawa jest jednak technologia mycia. Najpierw namydla się włosy normalnym mydłem i trze się tak długo, aż na półtorametrowej długości pojawi się obfita piana. A potem następuje momentum – zanurzenie całej głowy w wiadrze z wodą – i wyjęcie już wypłukanych wraz z błyskawicznym zawiązaniem warkocza na …czole. Ela mówi, że za ten sam efekt w Warszawie żądają i 100 zł, tyle że wiadro jest może nieco inne i jakoś się z francuska nazywa. 

Obok myjących się dziewczyn, ich babcie wyrabiały ogrzewanie i podpałkę do pieców. Z zebranych placków wołów ( cenny towar, rzadko zobaczycie je leżące na drodze), poprzez proces nadawania opływowych kształtów tworzą się placki grubosci 10 cm, które kilkanaście dni suszą się na dachu domków – szałasów. Gdy nabiorą odpowiedniego stopnia suchości, stają się świetnym elementem grzewczym – zachwyca nas ten naturalny proces, który w Europie oczywiście musi się nazywać, mieć patent i potencjał na wielkie pieniądze – biomasa i ekologiczne elektrownie. 

Spędziliśmy w wiosce jeszcze dwie godziny, aby w końcu rozpocząć powrotny marsz.  Trochę trudniej, bo pod górkę. Nozdrza jednak wydęte a krok dziarski – bo nasz potomek Krishny czeka już na nas z lunchem. 

Kategorie: India Travel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s