Po ponad godzinnym locie z Bogoty , wylądowaliśmy na południowym wybrzeżu Morza Karaibskiego w Cartagena. Wyjście z samolotu było już bardzo miłym doświadczeniem. Uderzenie gorąca, wilgoci i morskiej bryzy w jednej chwili zmieniło nas w rozleniwionych lokalsów. Lotnisko nie posiada ani „rękawów” ani autobusów, prosto z pokładu idziemy przez płytę lotniska, przechodzimy przez sortownię bagażu i czekamy w osobnej sali na jego dostarczenie.
Umyślny odebrał od nas bagaże i ruszyliśmy do hotelu. Droga prowadziła wzdłuż pięknych plaż i nasze myśli były z tymi na półkuli północnej, którzy wybrali zimę czy w Polsce , Wielkiej Brytanii czy w Kanadzie. Nam przyszło zmagać się z trzydziestodniowym upałem i wilgotnością, ale nie daliśmy nikomu poznać naszego cierpienia. Po prostu uśmiechaliśmy się i kilka dni biegaliśmy w szortach. Cartagena to w zasadzie dwa miasta – Stare Miasto z labiryntem uliczek i placów i nowe miasto z drapaczami chmur. Obie części tworzą bardzo miłą dla oka synergię. My wybraliśmy Stare Miasto i trafiliśmy do hotelu, który oczarował nas od pierwszej chwili.

Cały dzień na własne potrzeby. Zostawiliśmy manatki i w miasto !
Po północy doczłapaliśmy się do hotelu, aby rano spotkać się z naszym cartageńskim opiekunem Jorge. Urodzony tutaj, co będzie miało pewne konsekwencje związane z wymienianymi serdecznościami z najróżniejszymi typami spotkanymi na ulicy. Z tym chodził do szkoły, to jego sąsiad a tamta to kuzynka. Myślę , że poznaliśmy większość jego rodziny i przyjaciół w czasie naszego kilkugodzinnego spaceru.
Rozpoczęliśmy twierdzy San Felipe de Barajas, największej budowli wojskowej, jaką kiedykolwiek zbudowali Hiszpanie w swoich koloniach.
Podczas około godzinnej wizyty w twierdzy podziwialiśmy to arcydzieło architektury wojskowej wykonane z kamienia koralowego. Staliśmy się też ekspertami w zakresie strategii obrony miasta przed atakami piratów w XVII i XVIII wieku. Twierdza bardzo przypomina nam tę, którą znamy z Koblencji. Podobne pułapki i pomysły na lanie smoły i wrzątku na głowy atakujących. No i te lochy …
Na koniec wjechaliśmy na najwyższy punkt miasta , 140 m n.p.m. Klasztor La Popa.
Kategorie: South Africa














































