„ W Ameryce Południowej wszyscy kiedyś byli Kolumbijczykami. Niestety naszą tożsamość wiatry historii rozwiały na Boliwię, Wenezuelę czy Chile, ale nadal jesteśmy jedną wielką rodziną. Wystarczyłby nowy Simon Bolivar i zjednoczenie gotowe” – takim oświadczeniem Rafael , nasz przewodnik w Bogocie , ustawił nam historyczny azymut. Kolumbijczycy to bezpośrednia kontynuacja wszystkich kodów DNA sprzed panowania Hiszpanów i tu nastąpiła kilkuminutowa prezentacja wszystkich kolumbijskich szczepów od mieszkańców Amazonki aż po Andy i Patagonię. Dodatkowe geny z Hiszpanii nie zdołały zanieczyścić kodu genetycznego. Na zakończenie wstępnego wywodu dodał jeszcze. „A w piłkę to Polska z nami nigdy nie wygra. Przecież macie tylko Lewandowskiego, który stoi w miejscu i czasami piłka nadziewa się na jego nogę” Tutaj znalazł wśród słuchaczy wyznawców podobnej tezy i udało nam się szybko zaprzyjaźnić.

Bogota powitała nas tropikalnym deszczem, skończył się tak szybko jak znienacka zaczął. Po dwudziestu minutach byliśmy gotowi do marszu przez stolice kraju większego niż Francja, Hiszpania i Portugalia razem wzięte. Innymi słowy, to co w Warszawie w przybliżeniu uważamy za CEE, to właśnie powierzchnia Kolumbii. I będąc tu miotasz się między karaibskimi plażami z białym piaskiem i Sierra Nevada de Santa Marta z 5770 m npm. Rysy czy nawet Gerlach wyglądają przy takich szczytach jak biedni kuzyni.
Wróćmy jednak do Bogoty. Rafael zabrał nas najpierw na królująca nad miastem gorę Monseratte z La Candelaria, odpowiedniczką naszej Czarnej Madonny z Częstochowy. Wędrowca z Polski zdziwi brak specjalnych środków bezpieczeństwa, nie grzmią trąby przy objawieniu La Candelarii i nie jest to obraz. To rzeźba, która stosownie do okazji jest przebierana w różne okolicznościowe sukienki. A te można też zobaczyć w pomieszczeniu obok, bez żadnych zabezpieczeń. I dotknąć. Kolumbijski katolicyzm to nie ciągłe poczucie winy za grzech pierworodny, ale radość z opieki Maryi nad narodem. Czysta przyjaźń.
Na górę Monserrate można wejść piechotą lub wjechać rowerem. Wiedzieliśmy amatorów obu sportów. Dla nas , umęczonych jet lagiem takie opcje były poza zasięgiem. Na szczęście Kolumbijczycy już lata temu pomyśleli o nas i zastosują szwajcarską technikę zainstalowali kolejkę dowożącą mniej zuchwałych pielgrzymów pod sama Najświętszą Panienkę. A że akurat zaczęły się lokalne wakacje zainteresowanych nie brakowało. W pewnym momencie miałem wrażenie , że wagonik pęcznieje w zależności od ilości zapakowanych w niego pielgrzymów.
Kolejnym punktem spaceru w Bogocie była wizyta w Muzeum Złota. Nasz przewodnik z niekłamaną dumą pokazywał nam piękne , naprawdę piękne, wyroby epoki sprzed plądrowania tych terenów przez Hiszpanów. Jeszcze piękniejsze i cenniejsze precjoza znajdują się w królewskich muzeach w Madrycie czy Barcelonie . Podobieństwo ze zbiorami w British Museum w Londynie czy Pergamon Museum w Berlinie boleśnie ciśnie się w oczy.
Klucząc uliczkami Bogoty natykamy się na gromadę na pewno nie mniej niż dwustu facetów. wygląda to dosyć dziwnie, stoją lub przechadzają się a to w jedna a to w drugą stronę. Okazuje się , że to lokalni dealerzy szmaragdów. Kupują nieoszlifowane kamienie w kopalni , gdzieś około trzystu kilometrów od stolicy za 100 USD i sprzedają powyżej 1000 USD za powiedzmy to jasno , symbolicznej wielkości kamyczek.
Szmaragdy tak nam podniosły ciśnienie, że kolumbijska kawa nie mogła już nam wyrządzić większych szkód. Ale co tam kawa ! Kawę, którą macie w Europie nie da się porównać z kawą, której tu możecie skosztować. Rafael jest konsekwentny w swoim patriotyzmie. Od piłki nożnej do kawy. Kolumbia zawsze numer jeden !

Końcówka dnia to coraz bardziej powłóczyste kroki przez Stare Miasto i gonitwa z głębiami na placu Bolivara wielkości przypominającej Rynek w Krakowie. W tej okolicy znajdują się także budynki rządowe , więc ilość uzbrojonych po zęby żołnierzy nie szokował.
Metropolia będąca domem dla dziewięciu milionów ludzi nie przytłacza swoją wielkością. zycie koncentruje sie w dwóch miejscach w Starym Mieście i dzielnicy finansowej. A w przestrzeni pomiędzy … tacy sami ludzie jak wszędzie. Zabiegani między domem , pracą czy szkołą.
Kategorie: Kolumbia, South America














































