Jedną z większych przywilejów posiadania miejscówki w przedniej części samolotu jest dobre miejsce startowe w wyścigu do kontroli granicznej. A w związku z tym, że w first class najczęściej podróżują ci, którzy już raczej biegów średniodystansowych nie trenują, często powtarza się taki obrazek. Czcigodni pasażerowie z luksusowych kabin z godnością wysiadają jako pierwsi i statecznie kroczą w kierunku kontroli paszportów, aby po kilku chwilach być dogonionym przez chmarę młodszych i wysportowanych pasażerów economy. W większości kolejek do kontroli granicznej USA ich struktura jest odwrotna do zajmowanej klasy w podróży.
Kolejnym fenomenem są kilkudziesięciometrowe kolejki do rent a car. W obliczu tego tłoku, Mefrom ze wzruszeniem wspomina radość personelu w Ushuaia czy Cairns, gdy jako jedyny pasażer decydował się na wypożyczenie auta. W USA jest nieco inaczej. Po przejściu kontroli paszportowej, odebraniu bagażu, daniu się obwąchać przez pieski z DEA i kontroli celnej, następuje wyścig do rent a car.
Mefrom tym razem nie brał udziału w tym przedsięwzięciu, wszystkie formalności można było załatwić przez internet i w kilka chwil w niepozornym samoobsługowym automacie, odebrał umowę i numerek z miejscem, gdzie czekał na niego samochodzik. Trwało to 3 minuty a jedno spojrzenie na wielką kolejkę tradycyjnych klientów, uświadamia, że jeszcze kilka lat, a będziemy obsługiwani przez hologramowe postacie wyświetlane na ścianach. Nie wystarczy żywych ludzi, aby obsłużyć takie tłumy.














































