Mefrom wpisując czerwoną czcionką tekst asystenta nieobecności w swojej korporacyjnej elektronicznej poczcie (Dear Sender, nie ma mnie w biurze i co mi zrobisz?), był przekonany, że czeka go kilkanaście wspaniałych dni odpoczynku. Dodajmy, że przygotowanych perfekcyjnie, ze szczególną dbałością o takie szczegóły, jak upchnięcie do każdego bagażu latarki, scyzoryka czy książki. Książki podzielił na trzy rodzaje – radosne, depresyjne i te, które zawsze chciał przeczytać ze względów prestiżowo-towarzyskich , lecz od lat odrzucały go już na pierwszych stronach. Dodajmy, że ten ostatni gatunek z roku na rok traci na zainteresowaniu Mefroma, a to ze względu na coraz większą mizerię towarzyską. Wkrótce pewnie dojdzie do wniosku, że wystarczy zapamiętać tytuły i autorów, a nikt nie będzie czepiać się szczegółów. Jeśli nawet Mefrom nie przebija się do drugiego rozdziału, to musiałby okazać się wyjątkowym pechowcem, aby trafić na kogoś, kto przeczytał więcej niż tytuł tej piekielnej Czarodziejskiej Góry. Obraz w pełni zatankowanego auta, aby rano nie tracić czasu, dopełnia całości człowieka, który za nic ma Wielką Improwizację, chyba że napisaną i wykutą na pamięć. Któż inny zdecydowałby się wymienić łożysko w kole auta, jeśli nawet Obermechanik powiedział, że Pan się nie martwi, to autko dojedzie wszędzie, nawet na trzech kołach. Rozpisujemy się o łożysku, gdyż element ten, o którego istnieniu w kole, Mefrom nie miał pojęcia, odegra jeszcze pewną rolę. Wczesny poranek okazał się wczesnym południem i już przed 13 autko zwinnie zaczęło się toczyć Autostradą Wolności w kierunku na Z(z)achód. Nawet niebiosa chciały pobłogosławić na drogę, ale jak to bywa, łaska stała się w pewnym momencie nieproporcjonalna do zasług Mefroma i wodą zaczęła spływać z niebios hektolitrami.
I tak deszczyk ten stałby się głównym wydarzeniem dnia, gdyby nie coraz bardziej przejmujący odgłos dobiegający z okolic auta. Mefrom był pewien, że to jakiś motocyklista chował się pod podwoziem jego zwalistej limuzyny i szukał schronienia przed deszczem. Lustracja podwozia na najbliższym parkingu dowiodła, że teoretycznie byłoby to możliwe,lecz motocyklista nie został zlokalizowany. Pewnie uciekł – pocieszył się Mefrom i usiadł za kierownicą. Ruszył, a tu nagle ten sam dzwięk, najwidoczniej coraz bardziej bezczelnego motocyklisty. Rzut oka w lusterka i …- pusto, tylko Mefrom, jego auto, rodzina i pies. I deszcz. Być może piesek? Nie! Powietrze w aucie nadal cieszyło się krystaliczną czystością i wspaniałych zapachem świeżo dezynfekowanej klimatyzacji. Powoli dochodziła do świadmości Mefroma wyparta z pamięci część rozmowy z Obermechanikiem. Starał się ją sobie odtworzyć, tak jak dzieci próbują z klocków odtworzyć Wawel zobaczony na jednej z fascynujących wycieczek klasowych. Czyż nie powiedział coś o innych łożyskach? Czyż dżwięk motocyklisty nie był tym samym, który rozlegał się w poprzednim tygodniu i to on zmusił naszego kierowcę do wizyty w warsztacie? Ależ oczywiście! Obermechanik wymamrotał coś, co było jednak istotne, a Mefrom w swoim radosnym podnieceniu przedwakacyjnym przyjął mamrotanie jako życzenia szczęśliwej podróży czy opieki niebios. Teraz składając poszczególne sylaby, gwałcąc swoją pamięć wymuszając kolejne sylaby i słowa, w jego świadomość zaczęła się wdzierać ponura prawda. To nie były życzenia! To były ostrzeżenia! Po wydarciu ze zwojów mózgowych poszczególnych sylab, słowa Obermechanika stawały się raczej wyrokiem: „Na Pana miejscu wymieniłbym pozostałe łożyska, jak jedno poszło, reszta pójdzie za nim” Czy nie mógł tego powiedzieć głośniej? Czy nie mógł rzucić się pod koła, prosząc i skomląc o zgodę na wymianę łożysk? Mefrom zdecydowanie odpowiedział sobie, że mógł, ale najwidoczniej wredny Obermechanik chciał upokorzyć Mefroma zmuszając go do powrotu w środku wakacji. Ale nic z tego! Auto zawiodło zbyt wcześnie, już pierwszego dnia, po pierwszych 200 kilometrach i można było jeszcze wrócić i wymienić auto. Odrażające plany szefa niemieckiej autoryzowanej stacji nie mogły się ziścić w całej swojej perfidii. Jest nowe auto, jest ratunek. Mefrom czule gładził kanty i wybrzuszenia auta swojej żony. Ok, być może nowe auto nie jest adekwatne w stosunku do aspiracji Mefroma, ale jego aspiracje gwałtownie zmalały proporcjonalnie do uciekającego urlopu. Jeśli zatem jutro zobaczycie na Autostradzie Wolności faceta przemierzającego przestrzenie błękitnm damskim autkiem, to nie śmiejcie się, ale zagrzewajcie go do jazdy. Mefrom goni skradziony dzień długo oczekiwanych wakacji!















































