Jednak udało się. Ruszyliśmy zorganizowanym konwojem, w pełni zdeterminowani, aby pokonać wszystkie przeszkody. Przodem szła wielka terenowa toyota, potem trzy quai terenówki i za tym wszystkim kolejna wielka toyota. Byliśmy przygotowani na wyciąganie, pchanie i wszelkie inne manewry, aby tylko wyjechać z tego rezerwatu. Okazało się, że nurty strumieni nie są tak rwące jak wczoraj, ale za to teren rozmókł o wiele bardziej, niż się spodziewaliśmy. Nasza kolumna wyglądało jak stado podpitych kierowców, manewrujących między prawą a lewą stroną traktu. Ta metoda miała jednak sens – udało nam się przejechać i błota i wylane strumienie bez angażowania naszych konwojentów. Niestety osobówki musiały zostać, na nie przyjdzie czas za parę dni…
Wyjechaliśmy z Sambony, opuściliśmy te piękne góry i ruszyliśmy w stronę oceanu, na południe. Lecz pogoda prześladowała nas jeszcze przez wiele kilometrów. Deszcze podmyły mosty a objazdy zajęły kilka dodatkowych godzin. Jednak szczęście nas na razie nie opuszcza, przez towshipy, bezdroża i piękne doliny, dojechaliśmy do styku dwóch oceanów, gdzie czekały już pokoje z oceanicznym widokiem. Dzisiaj nic więcej nam nie potrzeba.
A gdy na wyciągniecie ręki pojawiła się tęcza, trudno nie było uwierzyć, że końcówka naszego wypadu, nabiera jaśniejszych kolorów.
Kategorie: Travel





















































