Swit, późny świt, zastał nas w naszym hostelu. Śniadanie i w drogę. Napisałem śniadanie? Ucztę i hostel zdefiniowaliśmy zdjęciami poniżej. Oczywiście bystrzy obserwatorzy powiedzą, że może nie jest to typowy hostel i należałoby się z takim stwierdzeniem zgodzić. Po prostu hotelik był blisko lotniska…to jednak pierwsza i ostatnia ekstrawagancja z naszej strony. Kolejne dni, a nawet godziny, powinny pokazać prawdziwe oblicze naszej „wyprawy”
Nabieramy pokory słysząc pytania, gdzie jest Polska, w jakim języku mówimy w Polsce, czy Polska to część Rosji czy też Niemiec. Cierpliwie tłumaczymy i wyjaśniamy. z doświadczenia powiem, że im więcej takich pytań, tym mniej głównych szlaków turystycznych i cieszymy się naturalnymi i spontanicznymi kontaktami. Nasz przewodnik i kierowca muszą się jeszcze do nas przyzwyczaić. Kierowca nie wpuścił nas do auta, nie rozpoznał nas po prostu. Szczerze mówiąc, my też poznaliśmy go tylko dlatego, że przyjechał tym samym autem, którym nas wczoraj odebrał z lotniska.
Po krótkich zawirowaniach ruszyliśmy na północny wschód. Najpierw do Phu Tho, a potem do Yenn Binn, gdzie będziemy do jutra stacjonować. Jesteśmy w tzw zielonym ośrodku na brzegu Thac Ba Reservoir, wielkiego sztucznego jeziora zbudowanego w 1969 z bratnią pomocą ZSRR i Chin, aby dostarczyć północnemu Wietnamowi energii elektrycznej. Prąd pomógł i kilka lat poźniej partyzanci Ho-Szi-Mina zajęli Sajgon. Pamiętacie zdjęcia ewakuacji ambasady amerykańskiej w Sajgonie? Klasyka gatunku, nawet Teheran nie był bardziej spektakularny.
Jesteśmy w czymś, co stanowi połączenie szkoły, pensjonatu, przystani i restauracji. Ośrodek prowadzony jest przez małżeństwo fracusko-wietnamskie, z tym,że domniemany wietnamski gospodarz ma w sobie 50% francuskiej krwi. Czyli takie j.v z przewagą genów z Paryża. To oczywiście wyjaśnia wiele. Przede wszystkim to, że od 5 lat ten szczytny cel nie może osiągnąć opłacalności, lecz być może właśnie w tym roku…
Wzruszające było pytanie sternika, który przewiózł nas tutaj przez jezioro . Zapytał bowiem, czy jesteśmy z Rumuni. Zaskoczeni, zapytaliśmy, dlaczego? Okazuje się, że bardzo podoba mu się nazwa tego kraju i tyle. Być może przyjadą tu i Rumuni, kto wie?
Przygotowujemy się do wyjścia na wesele. Prawdziwe i planowane od dawna, czyli żadna cepeliada. Jest to trzeci dzień celebracji. Pierwszego dnia wszyscy goście bawią się u rodziny męża, drugiego dnia u rodziny żony a trzeciego dnia rodziny i goście bawią się wspólnie. I tam właśnie dzisiaj będziemy świętować. Wzięliśmy z sobą szalik polskiej reprezentacji w piłkę kopaną i upatrujemy w nim niezwykłego prezentu, który będzie przekazywany przez pokolenia. Zobaczymy, co wieczór przyniesie. O tym już jutro, jeśli tylko internet pozwoli.
Kategorie: Wietnam














































