Gruzja

Wasilew Schuhmacher – król bezdroży i ambasador Polski

Wasyl, z wyglądu sześdziesięciolatek, z temperamentu dziewiętnastolatek dopadł nas na parkingu. Najpierw chciał kupić naszego Mitsubishi od razu proponując, że zawiezie nas za free z powrotem do Tbilisi. Gdy zrozumiał, że ta opcja nie jest preferowana, uparł się, aby nas przekonać, że wejście piechotą do monastyru Tsminda Sameba jest pomysłem rujnującym nam zdrowie. Adalbert, który przyjechał tutaj tylko dlatego, że obiecałem mu wyczerpujące marszruty w Kaukazie, zwiesił nos na dosyć dużą kwintę. Z pomocą przyszedł nasz pan Marcin zapewniając, że podróż z Wasylem jest przynajmńiej tak samo wyczerpująca, jak piechotą i bez Wasyla. I to zdanie przeważyło.

Wasyl błyskawicznie załadował nas do Lady Nivy, której skala występowania przypomina plagę land roverów w Afryce i ruszył. Po klikuset metrach zrozumieliśmy, że genialna myśl techniczna konstruktorów radzieckich przewidziała wszystkie możliwe dziury kaukazkich dróg i bezdroży. Rozpędzona Niva zdaje się pokonywać wszelkie przeszkody terenowe nie wykluczając psów, kotów i mniejszych owieczek.

Wasyl zatrzymał swoją bestię przed blaszanym garażem. Drzwi się otworzyly i oczom naszym ukazała się kompletna stacja benzynowa dla wtajemniczonych. Paliwo pochodzi z przemytu ( granica z Rosją parę kilomentrów) i pozwala Wasylowi na uatrakcyjnienie swojej oferty turystycznej poprzez tak dotowane ceny paliwa. Minęło parę chwil, brama się zamknęła i za nami pozostal niepozorny blaszany barak.

Przygotowań ciąg dalszy. Wasyl z czeluści zwojej bestii wyciąga polską flagę i zawiesza ją na dachu. ” niech wszyscy wiedzą, że jadą Polacy, którzy są naszymi wielkimi sprzymierzeńcami” – powiedział ze ściśniętym gardłem. Słysząc to bardzo się wzruszyłem, pomyślałem, jak bardzo aktualne jest hasło za wolność naszą i Waszą. Gdyby bracia Gruzini zawołali, gdyby tylko chcieli, przeciez byłem prymusem w strzelaniu w wojsku….Jak zwykle w takich okolicznościach z czeluści moich wzruszeń i projekcji wywołał mnie głos Adalberta ” No i już zapłacimy dyszkę więcej, patriotyzm kosztuje” Mój wzrok musiał mieć taką siłę, że Adalbert odsunął się na bezpieczną odległość i już nie wracał do tego tematu. Dodam, że czeka nas jeszcze odkładana dyskusja o wpływie Grzesia Sakaszwilego z Rudego 102 na przyjaźń polsko- gruzińską.

Po tych wszystkich przygotowaniach Niva była gotowa do startu. Przełącznik na cztery koła, Wasilij za kierownicą i my dwaj szarpiący się z niedziałającymi pasami bezpieczeństwa – to pierwsze obrazy, które przesuwają mi się przed oczyma. Potem było już tylko gorzej albo lepiej – w zależności, o jakich dawkach adrenaliny mówimy. Myślę, że moja dawka, którą organizm dzisiaj z siebie wyrzucił, pozbawił mnie tego hormonu na miesiące. Trudno opisać podjazd pod górę ponad 2 tys m, z podjazdami o stromizmie 15% i kierowcy krzyczącemu jak w amoku, że jest Wasylem Schuhmacherem. Dodajmy, że jest także hotelarzem odbierającym co chwilę telefony z rezerwacją. ( Mieliśmy po południu zobaczyć jego gostynicę.) wyboje, dziury, błoto, kamienie – to wszystko Wasylij pokonywał bezbłędnie, jednocześnie opowiadając nam o służbie wojskowej we Władywostoku.

Po 30 minutach stromego podjazdu wtoczyliśmy się na piękny, wielki i rozległy wierzchołek z dominującą zabudową monastyru Tsminda Sameba. Cisza, spokój i potęga rozściągających się widoków, pozwoliła na chwilę zapomnieć o Wasylu, który nie zrażając się naszym skupienie, nadal odbierał telefony jak profesjonalne call-center.

Na szczycie spędziliśmy godzinkę. Monastyr nie był nazwą pustą. Spotkaliśmy mnichów, którzy zamieszkiwali klasztor i trafiliśmy na celebrację jednego z nabożeństw. Kolory, zapach kadzidła, świece…

Pozostał jeszcze jeden stres – zjazd. Ale i tu Wasyl pokazał mistrzowską szkołę jazdy. ” Tego się nie da nauczyć, to trzeba mieć od urodzenia” – komentował nasze pełne zachwytu spojrzenia ” chodźcie rebiata do mnie” wpadła mu taka myśl „pokażę, co tracicie mieszkajac w gostinicy. Następnym razem tylko u mnie”

W przestronnej kuchni swojego gospodarstwa Wasyl wyciągnął wielką butlę z czaczą i kompot. Polał do staganów i wypiliśmy za zdrowie gospodarza. Po chwili przyłączył się facet wyglądający na parobka w gospodarstwie Wasyla. To, co było niezwykłe, to że zwracał się do Wasyla po angielsku a Wasyl odpowiadał mu po rosyjsku i gruzińsku. Może zatem był jakimś expatowskim parobkiem. Okazuje się, że nie. Był to Kanadyjczyk, który ze swoją narzyczoną zwiedza Kaukaz i zamieszkał na chwilę u Wasyla. Oczywiście Wasyl nalał mu czaczy i widać było, że kolejna szklanka zabije naszego Kandyjczyka. Adalbert szybko ujął się za coraz bardziej tracącym równowagę gościem Wasyla i wyprowadził go na zewnatrz. Wasyl nie byłby sobą ( na tyle już go poznaliśmy, aby miec wlasną opinię) gdyby nie chciał pokazać pokojów gościnnych. Najpierw wparował do pokoju Kanadyjczyków ” Ten kocmołuch cały czas leży w łóżku i czyta” powiedział wskazując na ślczną dziewczynę, która istotnie leżała na łóżku i czytała. Była w samej bieliźnie, ale widok trzech facetów ( w tym jeden w czapeczce z Chile) trzymających pod ramionami jej Kanadyjczyka, całkowicie ją sparaliżował. Zanim zdążyła wydać z siebie wrzask, szybko rzuciliśmy jej faceta na łóżko i grzecznie podziękowaliśmy za spotkanie. Następny pokój, prawdopodobnie pomyślany pierwotnie jako narciarnia, okazał się sypialnią ” polską” . Flaga polska i gruzińska dumnie wisiały na ścianach – nasz Wasyl naprawdę kocha Polaków.

Wieczór – wychodzimy jeszcze raz z hotelu, chcąc dowietrzyć się górskim powietrzem. Tym razem Wasyl stoi przed sklepem. Czeka na żonę, szefową sklepu Google Shop z serem i winem. Wasyl – król bezdroży i wielki przyjaciel Polaków.

20120428-212022.jpg

20120428-211949.jpg

Kategorie: Gruzja

Tagi: , , , ,

Dodaj komentarz