Po dwóch dniach w Buenos przyszedł mi do głowy tytuł opowiadania Zofii Nałkowskiej ” Tu zaszła zmiana”. Mam nadzieję, że nie ma jej już w kanonach lektur naszych szkół. Sądząc jednak z banialuk, które muszą czytać moje dzieci, może jeszcze gdzieś tam straszy. Z całą pewnością uczniowie w Buenos mogą oglądać zmiany, jakie ogarniają miasto bez pośrednictwa lektur. Wystarczy, że porównają fotografie sprzed kilku lat z obrazem miasta, który szybko się zmienia. Na jeszcze lepsze. Pierwszy raz w Buenos byłem w 2006r i zachowałem w pamięci obraz miasta, który jest skrzyżowaniem Rzymu, Paryża i Nowego Jorku. Te skojarzenia dotyczą głównych, centralnych dzielnic – San Nicolas, Recoleta, Monserrat czy San Telmo. Tym razem zamieszkaliśmy w małym boutiqowym hotelu w dzielnicy Palermo. Nie ma tu zabytków, ale jest normalne życie, które podglądamy.
Pamiętam, że wyruszając promem do Urugwaju, odprawiani bylismy w starym baraku, przy którym nawet Okęcie z lat 70 tych byłoby luksusem. Dzisiaj znajdziemy nowoczesny terminal pokryty piękną elewacją odbijającą w lustrach fale rzeki. Wzdłuż rzeki la Plata mogliście zobaczyć stare, zrujnowane spichrze, manufaktury, słowem podupadłą i opuszczoną infrastrukturę. Dzisiaj jedziemy nowoczesnymi, szerokomi ulicami, a między nimi apartamentowce, zespoły rozrywkowo-restauracyjne w starych, przebudowanych magazynach. Stara elewacja z czerwonej cegły i wszędzie WiFi z dzieciakami ( starszymi i młodszymi, jak np ja) siedzącymi w ogródkach z widokiem na rzekę, albo apartamentowiec, w którym mieszka Lionel Messi. Tu nikt nie mówi po prostu Messi. Szacunek nakazuje podać i imię.
Czarnym snem świadomego podróżnika może być jest lokalny przewodnik, który „zalicza”, kolejną grupę turystów. Między innymi dlatego staram się wszędzie, gdzie to możliwe, wynająć przewodnika na tzw „privat tour”. Niewiele droższa zabawa, a w zależności od jakości guida załatwiamy całą historię kraju i w szkole dzieciaki mają tylko nudnawą powtórkę. Tym razem wpadliśmy w ramiona kobiety, która miotała się między chusteczkami ( odmiana kataru, którą mogliśmy obserwować, wymagałaby w zasadzie użycia prześcieradeł) a dwoma telefonami. Koordynowała jeszcze inne grupy i przewodników bezustannie do niej dzwoniących. Sprawa jakości prezentacja szybko się wyjaśniła, gdy dowiedzieliśmy się już w pierwszym punkcie programu, że możemy sobie zrobić zdjęcie z kaczuszkami nad stawem. Są bardzo, bardzo cute.
Na szczęście miasto broni się samo. Potrafi opowiadać swoją historię samym swoim wyglądem. Zobaczycie wpływy europejskie i amerykańskie. Apartamentowce jak z Nowego Jorku i banki jak z Londynu. Jeszcze 6 lat temu piękne, wielkie budynki niektórych banków nie miały w sobie życia. Kraj jeszcze odczuwał skutki bankructwa. Dzisiaj żyje i pracuje każdy metr kwadratowy. Ceny apartamentów skoczyły z 2 tys USD mkw do przynajmniej 6 tys USD.
W każdym zakamarku widać walkę o zachowanie zieleni. Miasto, które nigdy nie doświadczyło ogromu zniszczeń wojennych, prezentuje sobą dwustuletnią spuściznę architektoniczno-budowlaną. Tylko centrum miasta to ponad 3,5 miliona mieszkańców, o 8 milionach mieszkańcach poza linią autostrady oddzielającą centrum od przedmieść. Ilość mieszkańców nie przeraża. To nie Bankog ani Bombaj, które tylko przez jakiś czas budowane były wg zasady, że najpierw plan, a potem budowa. Buenos jest miastem przyjaznym, z zielonymi skwerami, wielkimi i małymi parkami zadbanymi do ostatniego szczegółu. Nadal istnieje szkoła ogrodnicza prowadzona przez państwo, której absolwenci mają zapewnioną pracę w miejskich parkach w Argentynie. Parki są piękne i setki mieszkancow tam się wieczorami bawiących potwierdza, że warto inwestować w rozwiązania przyjazne ludziom, nawet jeśli drzewa nie wydają z siebie sygnału WiFi. Małe uliczki w centrum miasta i dzieci jeżdżące tam rowerami i na wrotkach bez strachu, że za chwilę wjedzie debil – kierowca z 100 km/h na liczniku.
Nie lubię porównań, często są populistyczne i nieuprawnione. Tym razem muszę. Patrząc na rozwój Buenos w ostatnich niewielu przecież latach oraz rozwój Warszawy od 1989 to są to dwa światy. I nie mówię tu o wyścigu na galerie handlowe i wielkie nowe blokowiska daleko od centrum. Szukam porównań w przestrzeni publicznej, dostępnej dla wszystkich niezależnie od pieniędzy i wykształcenia. Warszawa w takim porównaniu w ogóle nie ma prawa występować. Bliższy rozwojowi Buenos jest Wrocław, oczywiście z szacunkiem i dla skali i dla możliwości. Wziąwszy pod uwagę te różnice w proporcjach, to właśnie stolica Dolnego Sląska jest dla mnie naszym polskim Buenos.
Kategorie: Argentina Travel
















































