Argentina Travel

Parque Nacional Los Glaciares

W marcu 1520 r czyli dokładnie 492 lata temu, gdzieś w tych okolicach Ferdynand Magellan postanowił, że jego flota przeczeka zimę w miarę bezpiecznych warunkach. Przez dwa miesiące on i jego marynarze żyli w przekonaniu, że trafili na odludzie. Zachowały się kroniki wyprawy, które mówią, że w końcu po długim czasie, marynarze ujrzeli postacie ludzkie tak wielkie, że Hiszpanie sięgali im do piersi zaledwie. Spiewali i tańczyli na piasku z takim impetem, że pozostawili głębokie i wielkie ślady stóp. Magellan ze względu na tak wielkie odciski, nazwał ich Patagończykami. Pata to po hiszpańsku stopa, taca, zatem Patagończyk oznacza wielkostopego, dosyć bliską mi postać ze względu na 46-47 rozmiar mojego buta. Czy dlatego tak dobrze się tu czuję? Stąd już blisko do znanego mi ze szkolnych lat określenia – Ty patafianie! Tak nazywaliśmy dużo większych od nas zbirów z innych podwórek. Nikt z nas nie myślał, że jesteśmy pod wpływem kultury argentyńskiej, ale takie stwierdzenie dodaje wiele uroku moim poznańskim latom. Okazuje się, że już W 60-tych latach XX wieku byliśmy multi-kulti !

Prawdziwa, późniejsza historia Patagończyków nie była ani piękna ani romantyczna. Europejczycy przywlekli tu wszystkie swoje choroby, a ci, którzy chorobom się oparli, zostalinwyrżnięci. Nie zapominajmy, że historia kolonizacji Ameryki Południowej to także początki nowożytnego ludobójstwa. Oglądając skarby Inków w Madrycie, niech przyjdzie Wam i ta myśl do głowy także.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w cieniu Magellana. Właściwie powinienem powiedzieć w świetle Magellana, nie tylko ze względu na piękne słońce, którym się cieszymy, ale także ze względu na kult tego podróżnika, w stopniu generała – kaptana marynarki hiszpańskiej.

Nasz hotel jest jedynym hotelem, położonym bezpośrednio w Parku Narodowym i nie narzekamy na nadmiar kontaktów. Dzięki dosyć hermetycznemu położeniu, możemy całkowicie oddać się kontemplacji widoków, które w niezmienionej formie i kształcie kuszą oczy podróżników od czasów Magellana.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy na statkach i katamaranach , mniejszych i większych, szybszych i wolniejszych. Jedne statecznie podpływały do lodowców, a jest ich tu wiele, niektóre z kolei, szybko i sprawnie przemieszczały nas z hotelu do podnóża lodowca, by po dniu wędrówki na lodowcu zabrać nas z powrotem.

Teraz jest niedziela popołudniu i właśnie wyparowujemy wrażenia i emocje, które przywieźliśmy z trekkingu po lodowcu Perito Moreno. Jest jednym z niewielu lodowców, które się nie cofają i utrzymują stabilność, a nawet posuwają się do przodu. Możemy coś o nich powiedzieć, gdyż masy lodowca, które mamy ca 3 km przed oknem, wydają z siebie ciągły monolog przypominający nasze odgłosy wiosennej burzy. Olbrzymie wrażenie. Zdarzają się chwile, w których od części głównej odrywają się skalne bloki wielkości domów jednorodzinnych – to powinno przemawiać do wyobraźni. Na myśl przychodzą emisje i redukcje CO2 , cóż z tego jednak, jeśli wszyscy nasi lokalni rozmówcy uważają, że jest to wydumany problem koncernów europejskich i jeśli mybw Europie mamy za dużo pieniędzy, to raczej kupujmy ich Malbeca albo Merlota.

Co lodowiec weźmie, to później odda, by znów zabrać. Tak jest od tysiącleci – mówi jeden z gospodarzy hotelu. Jego postawa, tak daleka i inna od zaangażowanch procedur wielu korporacji, które ograniczają emisję CO2, albo przynajmniej próbują, nie jest może pro redukcyjna w zakresie emisji. Patrząc jednak na miejsce , w którym jesteśmy, uderza troska o jakość środowiska. Naliczyliśmy przynajmniej 7 procedur recyclingowych oznaczonych innymi kolorami. W Parku Narodowym nie ma koszy na śmieci, śmieci, opakowania wywożone są przez turystów poza Park. Gdziekolwiek spojrzycie, widzicie w pryzmacie krystalicznego powietrza piękno tego świata, tak jak został stworzony. A jeśli dostrzeżecie ślad człowieka, to zazwyczaj wygląda jak dopełniający element ekosystemu. W takim właśnie hotelu mamy okazję parę dni spędzić.

Trekking będziemy pamiętać z wielu względów. Najszybciej zapomnimy o zakwasach, które już wytaczają swoje działa. Najtrudniej przyjdzie nam oddać w czeluścia niepamięci widoki, których doświadczyliśmy maszerując na szczycie lodowca. Żadna fotografia i film nie oddadzą piękna kolorów, którym Perito Moreno wita i żegna swoich gości. Nasz tutejszy przewodnik Alexandro mówi, że można zdefiniować przynajmniej sześć niebieskawych kolorów Zawsze wydawało nam się, że widząc filmy z Antarktydy czy lodowców, to niedoskonałość techniki doprowadza do pryzmatu niebieskiego w tak wielu odcieniach. Wierzyliśmy, że w rzeczywistości lodowce są białe, może srebrzysto-białe. Nic z tego! Są białe i srebrne, ale i czarne, niebieskie, żółte i przezroczyste. Postaramy się pokazać to na zdjęciach. Najpiękniejsze wyczarowała Marianna i wiele z jej zdjęć dzisiaj prezentujemy.

Alexandro miał swoją asystentkę, zawsze uśmiechniętą Paulę, która przed nami, w kluczowych zejściach kuła czekanem coś w rodzaju schodów. Było to piękne poświęcenie, z tym, że chyba niepotrzebne i związane z jej generalnym doświadczeniem dotyczącym turystów. Na początku drogi wszyscy są doświadczonymi himalaistami, by na końcu prawie dać się znosić do bazy. My oczywiście dzielnie przeszliśmy cały szlak i nie można nas nazwać normalnymi turystami 🙂 Powinieniem chyba powiedzieć,że przebiliśmy się z naszymi rakami, które mieliśmy przymocowane do butów. Bardzo ciekawe doświadczenie, po kilku minutach nabiera się wprawy i lodowiec stoi otworem! Spędziliśmy na przyjaznym dzisiaj Petino Moreno piękny dzień.

Jutro przenosimy się jakieś 40 minut lotu na południe. Będziemy wtedy naprawdę na el fin del mundo. Najbardziej na południe wysunięte miasto świata – Ushuaia, już na nas czeka.

Dodaj komentarz