India Travel

6/7. 01. 2012 Jodhpur

Wjeżdżając do Jodhpur mijamy wrak zestrzelonego pakistańskiego samolotu myśliwskiego. Myślę, że gospodarze miasta mieli problem, jak wystawić na publiczny widok takie cudo. Z jednej strony nie mogą stawiać mu cokołu, z drugiej zaś bardzo kusi możliwość pokazania wrogiego cacka zestrzelonego przez indyjskie siły powietrzne. No cóż, poszli na kompromis i wrak z pakistańską flagą na ogonie  leży w reprezentacyjnym punkcie przy wjeździe do miasta, tyle że niedbale rzucony na środek skrzyżowania, kreując coś w rodzaju ronda. Nie ma pomnika, ale jest wrażenie – i o to chodzi ! 

Gdyby Kamieniec w całej swojej okazałości dotrwał do dzisiaj, a jego otoczenie od 800 lat nie zmieniłoby gospodarza, to być może w jakimś wymiarze mógłby być podobny do fortu w Jodhpur. Góruje on nad miastem z ponad milonem mieszkańców z widokiem na Mury dużej części starego miasta, które zostało  pomalowane na niebiesko – z powodów religijnych, przynależnosci kastowej – lokalsi to Brahmani lecz i pragmatycznych. Po prostu taki kolor odstrasza insekty. 

Inna część miasta całkowicie jest objęta zakazem wjazdu – coś w rodzaju Legnicy przed 1989r. Jodhpur  jest jednym z ostatnich wielkich miast przed granicą pakistańską, usytuowany jest tu ośrodek kierowania operacyjnego, szkoła wojskowa i wielki garnizon z lotniskiem wojskowym, który dane nam było bliżej poznać następnego dnia. Swiadomość tak wielkich sił zbrojnych skoncentrowanych w jednym mieście uświadamia, jak niespokojna jest granica pakistańsko – indyjska. Jednocześnie dowodzi wielkiej żywotności mieszkańców, ktorzy zajęci swoimi biznesami, codzienną bieganiną, w ogóle, zdawać by się chciało, nie przyjmują do wiadomości zagrożeń na które mogą być wystawieni. W każdym razie nasza polska reprezentacja bawiąca w tym pięknym mieście życzy obu zwaśnionym narodom pokoju. 

Nasz hotelik umiejscowiony jest w środku starej części miasta i busik Manseja nie może się tam przebić. Wąskie uliczki skutecznie odstraszają pojazdy większe niż motocykle i tuk-tuki. Na szczęście nasz kierowca miał plan – przy wraku myśliwca czekał na nas przewodnik po mieście i tuk-tuki. Przeładowaliśmy bagaże do tuka i znaleźliśmy je wieczorem już rozłożone w naszych pokojach. Sami ruszyliśmy na spacer. Przewodnik okazał się tak samo dobrym  znawcą historii jak i kaszmirów, paszminy i tysięcy różnych materiałów. Jedwabie zostawił na szczęście na deser – najpierw poprowadził nas do Fortu Meherangarth. Mam nadzieję, że zdjęcia pozwalają na wyobrażenie sobie potęgi tej budowli. Nie myślcie, że jakoś ciężko się tam wdrapywaliśmy – wsiedliśmy do windy firmy OTIS i po chwili byliśmy na najwyższym poziomie. A stamtąd widok na całe miasto.

 R. Kipling, jeśli dobrze spamiętałem naszego przewodnika, nazwał fortecę “creation of angels, fairies and giants” 

Jak większość miast leżących na historycznych szlakach handlowych miasto do dzisiaj żyje  z handlu. Oceniając miasto według, powiedzmy, pejzażu urbanistycznego, Jodhpur ( oprócz Delhi) jest najbogatszym ze wszystkich dotąd poznanych przez nas miast. Pewnie wiele znaczy dla miasta wielki garnizon wojskowy ze stałymi pensjami, lecz nie umniejszałbym talentów kupieckich lokalnych Budenbroków. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na własnej skórze, wychodząc z takiego salonu tekstylnego z materiałami w plecaku, o których istnieniu dotychczas nawet nie wiedziałem. Gdybyście jednak usłyszeli, ile dni i tygodnie górale w Himalajach potrzebują, aby utkać chustę i zrozumieli, że nie macie w ręku wyrobu rzemiosła lecz dzieło sztuki, pewnie i Wy czulibyście się wyróżnieni dostępując zaszczytu obcowania ze sztuką. A że to kosztuje, to przecież oczywiste. W tym składzie niedawno sam Richard Gere nabył 110 chust dla swoich przyjaciół. Boże! Jak fatalnie się czuliśmy kupując tylko dwie czy trzy….

Niestety trzeba było wkrótce i to miasto opuścić – nasz kierowca pojechał w drogę powrotną do Delhi, a my zdecydowaliśmy się na lot. 12 godzin w samochodzie na koniec naszego pobytu mogło być bardziej traumatycznym przeżyciem niż zakup biletów dla naszej czwórki (suprise, suprise! Taniej niż u nas a ATR taki sam). Kika razy miałem okazję korzystania z lotniska cywilnego w ramach kompleksu wojskowego – m.in w Diepiopietrowsku czy kiedyś w Odessie. A dzisiaj w Jodhpur. Wygląda jakby wszystkie służby korzystały z tego samego podręcznika. Myślę, że nawet nie był zbyt obszerny, głównym zadaniem służb na tego rodzaju lotniskach jest kontrolować poprzednie kontrole. 

Sam budynek lotniska przypominał bardziej stację kolejową w monarchii habsburskiej, gdzieś w Bielsku-Białej, niż terminal lotniczy. Kolonialna architektura dodawała uroku temu miejscu. Szkoda tylko, że wnętrze było już takie, o jakich chcielibyśmy najszybciej zapomnieć. 

Dolecieliśmy bezpiecznie ATR-em do Delhi. Tu czekał na nas kolejny transfer do hotelu i popołudniowy shopping, który zostawiliśmy na ostatni dzień. 

Jutro do domu. Ale to dopiero jutro – dzisiaj jeszcze Indie! 

Kategorie: India Travel

Dodaj komentarz