Jesteśmy tu od wczoraj. Długo jechaliśmy na skraju pustyni Thar i prawie dojechaliśmy do Pakistanu. Kierowca zapewnił nas, ze jesteśmy w bezpiecznej odległości od niespokojnego sąsiada, gdyż czołgi i wzmocnione kontrole zaczynają się nieco dalej. Cokolwiek powiemy, to i tak jesteśmy w niespokojnych regionach. Do Afganistanu też nie mamy daleko…
Baza, którą wybraliśmy, ma swoją historię i charakter. Takie miejsca lubimy najbardziej i mocno zostają nam w pamięci. Mamy do dyspozycji namioty postawione na ponad stuletniej tamie. Dzięki spiętrzeniu wód, te pustynne okolice stały się oazą zieleni i siedliskiem ptaków. A wszystko zaczęło się w 1890r , gdy lokalny dobrodziej Thakur Chhatra Sagar, postanowił postawić na niedalekiej rzeczce tamę. Tama spiętrzyła wody, które zasilane monsunem dały początek zmianom w ekosystemie. Pustynia zaczęła ginąć, gdy ludzie zaczęli uprawiać rolę. Woda ma oczywiście do dzisiaj wielkie znaczenie. Poszczególne farmy zasilane są prostymi lecz wydajnymi urządzeniami melioracyjnymi. Zasada jest prosta – kto ma pieniądze na sfinansowanie własnego systemu melioracji, może żądać od sąsiadów, którym dostarczają wodę, trzydzieści procent od ich zysków z upraw. Poznaliśmy dzisiaj dwóch braci, z których jeden ma dostęp do wody i kasuje młodszego regularnie co roku.
Posadzka zbudowana z wypalonej gliny i polakierowanej henną to, pierwsze wrażenie po wejsciu do naszego namiotu. Wielkie otomańskie łoże i freski (?) na wewnętrznych ścianach namiotu potwierdzają, że znajdujemy się coraz bliżej starego imperium bizantyńskiego. Najciekawsza jest jednak lokalizacja – jesteśmy na tamie z widokiem na olbrzymie rozlewiska i ptasi raj. Podobne widoki zobaczymy i w Polsce, lecz nie w takich przepysznych kolorach – w życiu nie widziałem stad przelatujących…papug. Piękny, pełen kolorów i dźwięków widok !
Nasz gospodarz Nandi jest ekspertem ornitologicznym i poprowadził nas różnymi zakamarkami wielkiej posiadłości w takie miejsca, abyśmy mogli jak najlepiej słuchać i oglądać pierzastych gospodarzy rozlewisk. Za nami człapał teleskopowy obładowany sprzętem optycznym, atlasem ptaków i prowiantem. Nandiemu bardzo zależało, aby nam niczego nie brakowało.
Nasz gospodarz już od samego poranka intensywnie dbał o nasz pobyt. Wskoczyliśmy do terenowego Maruti i podjechaliśmy do najbliższej wioski. Nandi traktowany jest tu jak feudalny pan – zatrudnia ludzi z wioski, sponsoruje szkołę i kupuje dla kuchni swojego ośrodka wszystkie warzywa i owoce. Od dzieci w szkole po sołtysa (?) – wszyscy go podejmowali z honorami, a przy okazji i nas. Dla mnie jeszcze ważniejsza była obserwacja reakcji Nandiego na te wszystkie honory. Odnosił się do nich z podobnym szacunkiem, jakim go obdarzano. Sam pochodzi z tej wioski, jest takim hinduskim start-up’em i po ukończeniu uniwersytetu powrócił w rodzinne strony. Wolał tu założyć firmę i oddać się swoim zainteresowaniom, niż korzystać z ofert pracy w Bangalore.
Czy wiecie, ile czasu wymaga ulepienie garnka na kole? Nie więcej niż do pierwszego bólu kręgosłupa, jeśli przyglądać się temu procesowi na stojąco. W moim przypadku to kilka minut. I garnek gotowy do wypalania. Okazuje się także, że garnki lepione taką tradycyjną metodą, wytrzymują testy na szczelność tylko przez sześć miesięcy, a potem muszą być zamawiane nowe. Pozwala to lokalnemu garncarzowi na robotę do końca życia. Nawiasem mówiąc wioska jest samowystarczalna, krawcowe, szewcy, fryzjerzy i inne usługi są dostępne na miejscu. A produktem eksportowym są warzywa, z których wszyscy tu żyją. Skromnie żyją.
Wieczorny spacer przez rozlewiska tylko mógł wzmocnić rosnące poczucie błogości. Niezliczone ilości ptaków, wiedza ornitologiczna aplikowana w akademickich dawkach i piękny zachód słońca, sprawiają, że trudno będzie nam rozstać się z tym miejscem i naszym gospodarzem.
A przed nami 3 godziny drogi do Jodhpur – czeka na nas największa forteca w Indiach. Podobno sam widok ma nas już zatkać. Zobaczymy…
Kategorie: India Travel














































