Gdyby nie szerokie ulice i wielkie samochody, moglibyśmy pomyśleć, że trafiliśmy do jakiejś wersji Londynu. Ceglane kamienice, wykusze, schody prowadzące do wejść, drzewa, eleganckie fasady, restauracje i przede wszystkim ludzie chodzący po ulicach, a nie tylko przemieszczający się między samochodem a drzwiami. Tylko wszystko trochę większe, jaśniejsze i bardziej przestronne. A może Boston rzeczywiście jest trochę Londynem? Takim, który prawie czterysta lat temu przepłynął Atlantyk, urządził się po swojemu i z czasem zaczął mówić z amerykańskim akcentem. Ale zanim zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, rano byliśmy jeszcze w Harwich Port.

Cape Cod opuszczamy trochę niechętnie. Przez ostatnie dni przyzwyczailiśmy się do drewnianych domów, małych portów, szerokich plaż, ostryg i miejscowości, które wyglądają tak, jakby ktoś pilnował, żeby Ameryka nie zrobiła się tutaj zbyt amerykańska. Nasz Nissan również trzyma się dzielnie. Przejechaliśmy nim już kawał Nowej Anglii i nie protestuje, chociaż ma jedną wadę, która na tutejszych trasach zaczyna być naprawdę irytująca: nie działa cruise control. Na dziesięciu kilometrach można wzruszyć ramionami. Po godzinie amerykańskiej autostrady człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego ktoś w ogóle wymyślił tempomat. Prawa noga pracuje więc za elektronikę, Nissan połyka kolejne mile, a my jedziemy w kierunku Bostonu. Tyle że najpierw Hyannis. A właściwie Hyannis Port, bo tutaj od prawie stu lat jedno nazwisko jest częścią lokalnego krajobrazu: Kennedy.

Kennedy’owie nie pochodzą z Cape Cod. Ich amerykańska historia zaczęła się od irlandzkich imigrantów, którzy w XIX wieku przybyli do Massachusetts. Kolejne pokolenia pięły się coraz wyżej w świecie bostońskich irlandzkich katolików, aż Joseph P. Kennedy, ojciec przyszłego prezydenta, zrobił wielką karierę w biznesie i zbudował rodzinną fortunę. W 1928 roku kupił dom nad oceanem w Hyannis Port. Z czasem Kennedy’owie dokupowali sąsiednie nieruchomości i tak powstał Kennedy Compound. Początkowo nie było w tym wielkiej polityki: rodzinne wakacje, żeglowanie, sport, dzieci, wnuki i Atlantyk.
Dopiero później wakacyjny dom jednej z bogatych bostońskich rodzin stał się częścią amerykańskiej historii. Kiedy John F. Kennedy został prezydentem, przyjeżdżali tutaj politycy, dziennikarze i goście, pojawiła się ochrona, a Hyannis Port zaczęło funkcjonować niemal jak letni Biały Dom. Dzisiaj nie jest to atrakcja, do której wchodzi się z biletem i audioprzewodnikiem. I może dobrze. Jedzie się spokojnymi ulicami, patrzy na wodę, eleganckie domy i otoczenie i zaczyna rozumieć, dlaczego Kennedy’owie wybrali właśnie ten kawałek Cape Cod. Najpierw były rodzinne wakacje. Legenda przyszła później.

Jedziemy dalej na północ. Po drodze Plymouth, więc znowu wjeżdżamy w historię, o której przez ostatnie dni ciągle rozmawiamy. Mayflower, pielgrzymi, pierwsza zima, kontakty z rdzennymi mieszkańcami, początki kolonii, później legenda Thanksgiving.


I pojawia się pytanie: skoro Plymouth było pierwsze, dlaczego to nie ono zostało wielkim miastem Nowej Anglii? Dlaczego Plymouth pozostało stosunkowo niewielkie, a kilkadziesiąt mil dalej wyrósł Boston? Odpowiedź jest właściwie historią dwóch różnych pomysłów na Amerykę. Plymouth założyła niewielka grupa pielgrzymów, która przede wszystkim chciała stworzyć miejsce do życia zgodnego ze swoimi przekonaniami religijnymi i przetrwać. Dziesięć lat później do Massachusetts przybyła znacznie większa fala purytanów. Mieli więcej ludzi, pieniędzy, lepszą organizację i większe ambicje. Do tego Boston dostał od geografii znakomity naturalny port. Powstawało centrum handlu, administracji i edukacji. Plymouth było początkiem opowieści. Boston miał ambicję stworzenia czegoś znacznie większego. I stworzył.
Pierwsze spotkanie z Bostonem jest jednak mniej historyczne, a bardziej praktyczne. Dojeżdżamy do Newbury Street, recepcjonista w Newbury Guest House daje nam plan dojazdu na parking. Wszystko wygląda banalnie. Skręcić tutaj, potem tutaj i jesteśmy. Problem w tym, że ulica, w którą mamy wjechać, wygląda bardziej jak dojazd do śmietnika niż droga prowadząca do hotelowego parkingu. Patrzymy na nią i uznajemy, że to przecież nie może być tutaj. Oczywiście może. I oczywiście właśnie tam mieliśmy skręcić. Trochę więc błądzimy, objeżdżamy okolicę i po kilku minutach wracamy dokładnie tam, gdzie kazano nam wjechać od początku.

Przy okazji pierwsza obserwacja dotycząca Bostonu: kierowcy są spokojni. Nikt nie trąbi, nikt nie próbuje nas wychowywać, kiedy zwalniamy i zastanawiamy się, czy kolejna uliczka jest ulicą, czy może jednak zapleczem restauracji. Jak na duże amerykańskie miasto jest zaskakująco pokojowo.

I wtedy zaczynamy patrzeć na sam Boston. Gdyby nie szerokie ulice i te wszystkie SUV-y, naprawdę można chwilami zapomnieć, po której stronie Atlantyku jesteśmy. Back Bay wygląda jak kuzyn Londynu, który dawno temu wyjechał do Ameryki, zrobił pieniądze, ale zachował rodzinne maniery. Cegła, wykusze, schody prowadzące do wejść, niewielkie sklepy, kawiarnie, restauracje, drzewa. Do tego jasne fasady i dużo bieli, dzięki którym miasto wydaje się jeszcze bardziej eleganckie. Wszystko ma ludzką skalę. Po Cape Cod różnica jest ogromna. Tam ocean, wydmy, drewniane domy i małe miejscowości. Tutaj zwarte miasto, w którym chce się wysiąść z samochodu. I to w Ameryce nie zawsze jest takie oczywiste. Można chodzić. Można oglądać budynki. Można skręcić w boczną ulicę tylko dlatego, że dobrze wygląda. Miasto nie zaczyna się na parkingu i nie kończy przy następnym parkingu.

Po lunchu ruszamy więc pieszo. Newbury Street, Commonwealth Avenue, Public Garden, Beacon Hill. Nie chcemy jeszcze „zaliczać Bostonu”. Na to będzie czas. Pierwszego dnia bardziej interesuje nas, jak to miasto działa i jak się w nim czujemy. A czuje się tutaj Europę. Boston nie próbuje być Nowym Jorkiem. Nie musi imponować kilometrami szkła ani udowadniać, że jest wielką metropolią. Jego przewaga jest gdzie indziej: ma historię widoczną z poziomu chodnika. Miejscami wygląda, jakby kawałek starej Europy przeniesiono na drugą stronę Atlantyku i przez prawie czterysta lat pozwolono mu powoli obrastać Ameryką.

Jest też kulinarny motyw całej naszej podróży: seafood. Jemy go właściwie bez przerwy i na razie nie zamierzamy przestawać. Skoro jesteśmy nad Atlantykiem i możemy korzystać ze świeżych ryb i owoców morza, zamawianie kurczaka wydaje się marnowaniem okazji. Clam chowder, ostrygi, dorsz, sola, kraby, kolejne ryby. Trochę zaczynam się zastanawiać, czy po powrocie do Europy nie będziemy przez tydzień omijać wszystkiego, co pływa, ale na razie konsekwentnie korzystamy z tego, gdzie jesteśmy.
Jest jeszcze coś, czego nie spodziewałem się zauważać tak często: US Open. Wchodzimy do restauracji, tenis. Bar, tenis. Hotel, tenis. Telewizor gdzieś nad ladą, znowu US Open. Ten turniej rzeczywiście się tutaj ogląda. Nie jak egzotyczną transmisję dla garstki fanów, ale jak naturalną część końcówki amerykańskiego lata. To właśnie takie drobiazgi najbardziej lubię w podróży. Nie ma ich w przewodnikach, a po kilku dniach zaczynają mówić o kraju więcej niż kolejny pomnik.
Jeszcze rano budziliśmy się w Harwich Port, w świecie plaż, drewnianych domów i Cape Cod. Potem Hyannis Port i Kennedy’owie, kawałek dalej Plymouth i początki Ameryki, a kilka godzin później chodzimy po Bostonie i mamy wrażenie, że Atlantyk nagle zrobił się trochę węższy. Wieczorem wychodzimy jeszcze na miasto. Dokąd? Nie wiemy. Tym razem bez planu, bez listy atrakcji i bez obowiązku zobaczenia kolejnych pięciu miejsc zaznaczonych w Google Maps. Po prostu zobaczymy, gdzie nas poniesie.
Na razie Boston wygląda trochę jak Londyn, który prawie czterysta lat temu wyemigrował do Ameryki, poszerzył ulice, kupił sobie wielkiego SUV-a i nauczył się mówić z amerykańskim akcentem. A może właśnie tym Boston jest naprawdę?



























































Zostaw odpowiedź