
Amerykańskie „How are you?” znam od dawna i zdążyłem się już przyzwyczaić. Wiem, że nie jest to pytanie o zdrowie, rodzinę, pracę, kredyt hipoteczny ani aktualny poziom satysfakcji z życia. Wiem też, że prawidłowa odpowiedź brzmi mniej więcej „Great, how are you?”, niezależnie od tego, czy właśnie wygrałeś na loterii, czy spłonął ci dom. A jednak za każdym razem robi to na mnie wrażenie. Idę plażą i człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziałem, patrzy mi prosto w oczy: „How are you?”. Za chwilę następny: „How are you doing?”. Potem pani z psem: „How’s it going?”. Po pięciuset metrach zaczynam mieć wrażenie, że wszyscy mnie tu znają i od rana martwią się, co u Piotra. Człowiekowi robi się zwyczajnie miło. Tyle troski ze strony lokalnej społeczności. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy postanowię tę troskę potraktować poważnie. Czasami dla eksperymentu zwalniam i zaczynam: „Well, since you’re asking…”. Chciałbym tylko krótko powiedzieć, że generalnie dobrze, chociaż mam parę spraw w pracy, kilka w rodzinie, coś z samochodem, nieruchomościami, podatkami, a przy okazji niepokoi mnie sytuacja geopolityczna w Europie. Nie zdążę dojść do podatków. Człowieka już nie ma. Idzie dalej. Czasami nawet zdąży jeszcze zawołać przez ramię „Have a great day!”. Czyli najpierw pyta mnie, jak się mam, potem nie czeka na odpowiedź, a na koniec nakazuje mi mieć świetny dzień. To jest obsługa klienta na poziomie społeczeństwa. I właśnie to w Ameryce nadal mnie bawi. „How are you?” gramatycznie pozostaje pytaniem, ale kulturowo jest właściwie odpowiednikiem naszego „dzień dobry”, tylko bardziej optymistycznym i z większym ryzykiem, że Europejczyk naprawdę odpowie. Najważniejsza zasada brzmi więc: kiedy Amerykanin pyta, jak się masz, nie popełniaj błędu i nie mów mu, jak się masz.

Druga zagadka kulturowa znajduje się kilkanaście metrów od naszego hoteliku. Hotel ma własny kawałek plaży. Stoi niewielka tabliczka: „PRIVATE BEACH”. I to wszystko. Nie ma płotu, ochroniarza, taśmy, pana w odblaskowej kamizelce ani nawet drugiej tabliczki wyjaśniającej, co grozi człowiekowi, który zlekceważy pierwszą. A ludzie nie wchodzą. Plaża obok pełna. Leżaki, parasole, dzieci, psy, całe rodzinne gospodarstwa plażowe. Kilkanaście metrów dalej niemal pusty piasek. Wystarczy zrobić trzy kroki w bok. Nikt ich nie robi. Słowo „private” najwyraźniej ma w Ameryce właściwości fizyczne. Działa jak niewidzialny mur. Patrzę na tę tabliczkę i zastanawiam się, jak wyglądałby podobny eksperyment nad Bałtykiem. Podejrzewam, że pierwsze pytanie brzmiałoby: „Prywatna? A niby dlaczego?”, drugie: „A gdzie to jest napisane?”, wypowiedziane bezpośrednio przed tablicą, na której właśnie jest to napisane, a trzecie: „Panie, ja tylko przechodzę”. Po pięciu minutach ktoś prawdopodobnie siedziałby już za tabliczką z parawanem, tłumacząc, że przecież piasek jest wspólny.

Tu różnica jest nie tylko kulturowa, ale również prawna. W Massachusetts prywatna własność może obejmować plażę, a możliwość publicznego korzystania z prywatnego odcinka brzegu jest znacznie bardziej ograniczona niż w Polsce. W Polsce obowiązuje zasada powszechnego korzystania z wód morskich, a właściciel nieruchomości przy brzegu co do zasady nie może odgrodzić 1,5 metra od linii brzegu ani zakazywać przechodzenia tym pasem. Dlatego amerykańskiego „PRIVATE BEACH” nie da się po prostu przewieźć przez Atlantyk i postawić w Międzyzdrojach.
I chyba właśnie takie drobiazgi są w podróżowaniu najciekawsze. Nie zabytki, muzea i punkty obowiązkowe z przewodnika, ale sytuacje, w których dwa zwyczajne zwroty pokazują kawałek całej kultury. „How are you?” oznacza: bardzo uprzejmie pytam, ale błagam, nie odpowiadaj szczegółowo. „Private beach” oznacza: nie wchodź, nawet jeśli nikt cię nie pilnuje. Pierwszej zasady przestrzegają Amerykanie w rozmowie, drugiej na plaży. Ja pierwszą już znam. Z drugą nadal stoję i patrzę na pusty kawałek piasku. I zastanawiam się, ile parawanów zmieściłoby się tam w Polsce.


























































Zostaw odpowiedź