Kultowe miejsce dla społeczności LGBT

Ruszając dziś z Harwich w stronę Provincetown, widzi się Amerykę dokładnie taką, jak się ją sobie wyobraża. Drewniane domy, małe porty, białe kościoły, łodzie i ocean, który nagle pojawia się między budynkami. Pogoda sprzyjała od początku, słońce, przyjemna temperatura, niebo, które zdecydowanie zachęcało do zatrzymywania się po drodze. Samochodów było sporo. Koniec długiego weekendu Labor Day zrobił swoje, większość najwyraźniej wracała do domu.

Zatrzymaliśmy się w Chatham. Zanim dotarliśmy do latarni i stacji Coast Guard, przeszliśmy kawałek główną ulicą, zajrzeliśmy do kilku małych galerii. Mnóstwo lokalnych prac, rękodzieła, taka nadmorska elegancja bez zadęcia. Latarnia stoi tam nie jako ozdoba, ale jako świadek historii. Te wody przez wieki potrafiły być bezlitosne dla statków, a tu, jak w wielu miejscach Nowej Anglii, morze było jednocześnie źródłem życia i realnym zagrożeniem. Dalej droga prowadzi coraz bardziej na północ, przez dziwaczne okolice z domkami letniskowymi przy East 6A , aż w końcu dociera się do Provincetown.

I tam klimat zmienia się wyraźnie. Provincetown to miejsce wyjątkowe. Port, sztuka, restauracje, ale też jedno z najważniejszych miejsc dla amerykańskiej społeczności LGBTQ+. Można powiedzieć, że to mekka, ale ważniejsze jest to, że ludzie, którzy przez lata szukali swojej przestrzeni, tutaj znaleźli miejsce, w którym mogli być u siebie i współtworzyć kulturę miasta. I to po prostu widać na ulicy.

My trafiliśmy do restauracji Mayflower i zamówiliśmy coś bardzo lokalnego, czyli gęstą, kremową zupę z małż, tę najbardziej klasyczną nowoangielską clam chowder.

Sama nazwa restauracji jest tutaj znacząca. To właśnie w tej okolicy w 1620 roku zakotwiczył Mayflower, a zanim osadnicy popłynęli dalej do Plymouth, podpisali Mayflower Compact, uważany za jeden z symbolicznych początków amerykańskiej tradycji samorządności.

Siedząc nad chowderem i patrząc na ludzi z różnych miejsc, trudno nie pomyśleć, ile warstw ma to miejsce, od rdzennych mieszkańców, przez rybaków, imigrantów, artystów, społeczność LGBTQ+, aż po turystów z całego świata.

Wieczorem znowu wjechaliśmy w ten gęsty ruch po długim weekendzie. Ale tego dnia nawet to było częścią krajobrazu. Cape Cod nie jest miejscem do zaliczenia, tylko do powolnego odkrywania, z przystankami bez planu. Czasem właśnie wtedy podróż zaczyna przypominać podróż, a nie realizację programu.

Zostaw odpowiedź

O nas

Jesteśmy rodzinną redakcją. Nasi redaktorzy mieszkają i pracują w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Łączy nas uważne patrzenie na świat w czasach, gdy zmienia się on szybciej niż zdążamy go opisać. Obserwujemy. Wymieniamy się wiedzą. Piszemy bez agendy i bez reklam bo ten blog nigdy nie był o zarabianiu. Jest o rozumieniu.

Oglądaj nasz kanał na YouTube
1e561798-fbce-4e67-b403-b363891c53e8
Śledź nas na Instagramie

Szukaj

Uchwycone w drodze

Odkryj więcej z Mefromeurope

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej