Wczoraj White Mountains postanowiły sprawdzić naszą wyobraźnię. Góry były, podobno. Widoki również. Jeziora, lasy i panoramy też musiały gdzieś tam być, tylko wszystko zostało bardzo starannie przykryte mgłą, deszczem i chmurami. Dzisiaj Ameryka najwyraźniej uznała reklamację.
Rano góry wciąż wyglądały trochę podejrzanie. Nad szczytami wisiały ciężkie chmury, jakby pogoda jeszcze zastanawiała się, czy dać nam spokój. Ale chwilę później zaczęło się robić tak, jak człowiek wyobraża sobie New Hampshire, zanim tu przyjedzie. Niebieskie niebo, szeroka droga, las po obu stronach i pierwsze drzewa, które najwyraźniej nie zamierzają czekać na oficjalny początek jesieni. Pojawiły się czerwienie, pomarańcze i żółcie. Na razie nieśmiało, ale kierunek jest jasny. Za dwa, trzy tygodnie będzie tu zapewne kolorystyczne szaleństwo.

White Mountains mają jedną zasadniczą zaletę. Tutaj nawet zwykła droga wygląda jak część programu turystycznego. Jedziesz, patrzysz na las, zakręt, następny las, górę, kolejną górę i nagle stwierdzasz, że od kilkunastu minut niczego nie mówisz. Co w moim przypadku można już uznać za poważny walor krajobrazowy.

Potem przyszła kolej na małe miasteczka Nowej Anglii. Drewniane domy, niewielkie sklepy, kościół, skrzyżowanie i ciężarówki wielkości kilku czołgów. Amerykanie najwyraźniej uznali dawno temu, że skoro coś może być większe, to właściwie dlaczego miałoby nie być. Truck stojący przy głównej ulicy wygląda tutaj zupełnie naturalnie. W Europie potrzebowałby prawdopodobnie pilota, zgody burmistrza i zamknięcia dwóch rond.
North Conway dołożyło do tego kolej. Stare lokomotywy, modele, historia Boston & Maine i ten specyficzny amerykański szacunek do rzeczy, które kiedyś budowały kraj. Nikt specjalnie nie próbuje udowadniać, że lokomotywa jest dziełem sztuki współczesnej. Jest wielka, ciężka, pachnie historią i to zupełnie wystarcza.
Potem Jackson i jego czerwony covered bridge. Zadaszony drewniany most wygląda trochę tak, jakby ktoś ustawił go tutaj specjalnie dla turystów z Europy. Tyle że on naprawdę jest częścią lokalnego krajobrazu. Wjeżdżasz samochodem w drewniany tunel, przejeżdżasz nad rzeką i przez chwilę można się poczuć jak w filmie, którego akcja koniecznie musi się rozgrywać jesienią.

Przy rzece oczywiście amerykańska flaga. Tutaj trudno zrobić zdjęcie krajobrazu, na którym wcześniej czy później nie pojawi się Stars and Stripes. I zaczynam rozumieć, że nie jest to wyłącznie dekoracja.


Flagi wiszą przy domach, sklepach, mostach, hotelach i stacjach benzynowych. Amerykanie nie mają szczególnego problemu z publicznym komunikowaniem, że lubią własny kraj. Europejczyk zastanawiałby się, czy przypadkiem kogoś tym nie urazi.
Na koniec wodospad. Żadnej subtelności. Woda po prostu spada między skałami z hukiem i przypomina, że te łagodne zielone góry potrafią mieć również bardziej surową twarz. Kilkadziesiąt metrów dalej znowu cisza, las i pierwsze czerwone liście.

I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w White Mountains. Nie ma tutaj jednego obowiązkowego zabytku, przed którym trzeba stanąć, zrobić zdjęcie i uznać dzień za zaliczony. Najważniejsza jest droga między jednym miejscem a drugim. Las, góry, rzeka, małe miasteczko, kolej, drewniany most, wielka ciężarówka stojąca pod jeszcze większym niebem.













Wczoraj nie widzieliśmy prawie nic. Dzisiaj White Mountains postanowiły pokazać wszystko naraz.
Jutro będziemy się wspinać na szczyt Waszyngtona 💪 Na razie patrzymy na niego z okna hoteliku … chyba damy radę. Bo później 300 mil w aucie. Kierunek południe.



























































Zostaw odpowiedź