Dzisiejszy dzień był wyjątkowo intensywny turystycznie, ponieważ zobaczyliśmy prawie wszystko, czego nie zobaczyliśmy. Wyjechaliśmy z Portland w stronę White Mountains i już od początku zapowiadało się znakomicie. Po drodze miały być jeziora, lasy, małe miasteczka, góry i widoki, przy których człowiek zatrzymuje samochód i mówi: Boże, jak tu pięknie. Wszystko to prawdopodobnie rzeczywiście tam było. My też tam byliśmy. Problem polegał wyłącznie na tym, że się nie widzieliśmy. Najpierw przyszła mgła. Nie jakaś tam delikatna mgiełka unosząca się romantycznie nad wodą, tylko porządna mgła z Nowej Anglii, która najwyraźniej miała dziś za zadanie chronić wszystkie atrakcje przed turystami. Przejechaliśmy więc obok pięknych jezior. Prawie je widzieliśmy. Przejechaliśmy obok fantastycznych lasów. Też prawie je widzieliśmy. Potem podobno pojawiły się góry. Tego jesteśmy pewni, ponieważ Google Maps nie miało powodu nas okłamywać. W pewnym momencie zaczęło padać. Po kilku minutach słowo „padać” stało się jednak obraźliwe dla tego, co robiła woda. To była raczej próba przeniesienia całego Atlantyku na drogę przed naszym samochodem. Wycieraczki pracowały z godnością ludzi, którzy wiedzą, że sytuacja jest beznadziejna, ale do końca zmiany pozostały jeszcze trzy godziny. Droga znikała, samochody znikały, góry już dawno zniknęły, a my jechaliśmy dalej, bo przecież byliśmy na wyprawie krajobrazowej. W pewnym momencie prawie wjechaliśmy do jeziora. I trzeba przyznać, że byłby to pierwszy dzisiaj obiekt turystyczny, który obejrzelibyśmy naprawdę z bliska. Gdzieś po drodze minęliśmy zapewne kilka fantastycznych punktów widokowych. Nie wiemy gdzie, bo niczego nie było widać. Być może nawet zatrzymaliśmy się przy jednym z nich. Widok był imponujący, około dwudziestu metrów mgły w każdą stronę. Potem wjechaliśmy w White Mountains, chociaż określenie „wjechaliśmy” opiera się głównie na zaufaniu do mapy. Góry były dokładnie tam, gdzie powinny być, tylko postanowiły zachować prywatność. Na szczęście pod koniec jazdy jedna z nich na moment wyszła zza chmur, więc mamy fotograficzny dowód, że White Mountains rzeczywiście istnieją i nie są projektem lokalnej organizacji turystycznej.

Ostatecznie dotarliśmy do hotelu, gdzie nastąpił zdecydowany przełom pogodowy. W barze nie padało, widoczność wynosiła kilkanaście metrów, piwo było doskonale widoczne, a finał US Open na ekranie można było oglądać bez używania świateł przeciwmgielnych.

Po całym dniu podróżowania przez jedne z najpiękniejszych krajobrazów Nowej Anglii możemy więc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć jedno: prawie wszystko widzieliśmy. Wiemy, że tam było. Jutro podobno ma być lepsza pogoda. Trochę szkoda. Zaczęliśmy już bardzo dobrze radzić sobie z wyobraźnią.



























































Zostaw odpowiedź