Pięć stanów, Harwrad, homar i dzień, w którym Ameryka pamięta.

Dzisiaj jest szczególna datą. 11 września. Dokładnie 25 lat temu Ameryka została zaatakowana w sposób, który do dziś trudno opisać bez emocji. Tchórzliwy atak na bezbronnych ludzi, którzy rano przyszli do pracy i robili dokładnie to samo, co miliony ludzi każdego zwykłego dnia. Tyle że 11 września 2001 roku zwykłego dnia nie było.

Ta data ma dla mnie jeszcze jeden, bardzo osobisty wymiar. We wrześniu rok wcześniej, w 2000 roku byłem w Nowym Jorku na piętrze widokowym World Trade Center. Pamiętam wysokość, która naprawdę robiła wrażenie. Śmigłowce latały gdzieś pod nami, a platforma widokowa sprawiała wrażenie zawieszonej w chmurach. I właśnie wtedy zastanawialiśmy się, jak wyglądałaby ewakuacja z takiego miejsca podczas pożaru.

W towarzystwie kolegów z Niemiec , którzy po mistrzowsku kreślili zagrożenia, nasz przewodnik po mieście uspokajał nas, że budynki mają najnowocześniejsze systemy przeciwpożarowe i są przygotowane na wszelkie sytuacje awaryjne. “Na ja, mal sehen “ – skwitował pan Vonau. No i zobaczyliśmy. Rok później.

Tylko czy komukolwiek śniło się wtedy, że ktoś może celowo wlecieć w wieżowiec pasażerskim odrzutowcem pełnym paliwa lotniczego ?

Dzisiaj Ameryka jest spokojniejsza. Jakby trochę wyciszona. Widać to również tutaj, daleko od Manhattanu, na północy Nowej Anglii, gdzie życie i tak płynie wolniej. Flagi opuszczone do połowy masztów. Kto może, na swój sposób pokazuje, że pamięta. A jednocześnie życie biegnie dalej. Nasza podróż po Nowej Anglii również.

Nowa Anglia to sześć stanów: Connecticut, Rhode Island, Massachusetts, New Hampshire, Vermont i Maine. My mamy już za sobą pięć. Zaczęliśmy od Connecticut i Mystic, potem było Rhode Island z Newport, Massachusetts z Cape Cod i Bostonem, dzisiaj przejechaliśmy przez New Hampshire i wieczorem dotarliśmy do Maine. Został Vermont. Nie zbieramy stanów jak magnesów na lodówkę, ale pięć z sześciu brzmi już całkiem przyzwoicie.

Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od miejsca, którego nazwa jest w Ameryce niemal osobną walutą: Harvard. I tutaj Europa może przez chwilę poczuć się bardzo stara i bardzo ważna. Harvard powstał w 1636 roku. Uniwersytet Jagielloński w Krakowie w 1364. Kiedy więc w Massachusetts zakładano Harvard College, krakowska uczelnia miała już 272 lata. Mikołaj Kopernik zdążył na niej studiować, umrzeć, a jego teoria zdążyła już nieźle namieszać w europejskim sposobie patrzenia na świat. Tyle że później zaczyna się amerykańska część tej historii.

Harvard z uczelni zrobił instytucję, z instytucji symbol, a z symbolu jedną z najmocniejszych marek edukacyjnych świata. Nawet stojący przed University Hall słynny pomnik Johna Harvarda uczestniczy w tej opowieści. Na cokole widnieje „John Harvard, Founder, 1638”, choć John Harvard nie był założycielem uczelni, Harvard powstał w 1636 roku, a sama postać na pomniku nie przedstawia Johna Harvarda, ponieważ nie zachował się jego wiarygodny wizerunek. Studenci mówią więc o „statue of three lies”, pomniku trzech kłamstw.

I oczywiście trzeba było zrobić zakupy. Harvard na koszulce, Harvard na bluzie, Harvard na kubku, Harvard na wszystkim, na czym da się coś wydrukować. Im jestem starszy, tym bardziej rozwijam niezwykle użyteczną umiejętność kolorowania własnej przeszłości. Jeszcze kilka takich zakupów i za parę lat sam mogę zacząć mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie spędziłem tutaj któregoś semestru.

Żarty żartami, ale moja prawdziwa Alma Mater to Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i jestem z tego bardzo dumny. I właśnie dlatego szkoda mi, że UAM tak słabo wykorzystuje własną markę. Harvard zrozumiał coś, czego wiele europejskich uczelni ciągle nie rozumie: absolwent nie chce tylko dyplomu. Chce również poczucia przynależności. Chciałbym kupić porządny proporzec UAM. Klasyczną bluzę. Dobry T-shirt, który założę w Bostonie albo Nowym Jorku i będę chciał pokazać, skąd jestem. Tylko gdzie?

Marzenie 🙂

Po Harvardzie wsiedliśmy do naszego dzielnego Nissana i ruszyliśmy na północ. I tutaj Nowa Anglia zaczęła pokazywać tę twarz, dla której właściwie tu przyjechaliśmy. Coraz mniej wielkiego miasta, coraz więcej oceanu, niewielkich miejscowości, starych domów, czerwonej cegły, portów i plaż. Portsmouth w New Hampshire okazało się jedną z tych małych perełek, w których człowiek zatrzymuje się „na chwilę”, a potem zaczyna kombinować, co wyrzucić z dalszego planu, żeby zostać trochę dłużej.

Potem jeszcze plaże. Atlantyk, ratownicy na wysokich wieżach, szeroki piasek, domy i ten specyficzny spokój amerykańskiego wybrzeża po sezonie. Im dalej jedziemy na północ, tym wszystko jakby zwalnia. Ludzie mniej się spieszą, miejscowości są mniejsze, drogi spokojniejsze. Ameryka, którą znamy z Nowego Jorku, gdzieś zostaje za nami.

A ponieważ jest piątek, trzeba było oczywiście zjeść rybę. Problem w tym, że na stole pojawił się homar.

I tu zaczęła się poważna dyskusja teologiczno-zoologiczna: czy homar to właściwie ryba? Nie. Homar jest skorupiakiem. Krab również. Ale oba żyją w wodzie, występują w restauracjach pod wspólnym szyldem seafood łamane przez lobster i żaden z nich nie przypomina schabowego, więc uznaliśmy, że piątkowa tradycja została zachowana w stopniu wystarczającym. Poza tym jesteśmy już w Maine. Tutaj odmowa zjedzenia homara mogłaby zostać potraktowana niemal jako działanie wymierzone w lokalną gospodarkę.

I wreszcie Portland oraz nasz hotelik. Specjalnie wybraliśmy coś kameralnego. Stary dom, wysokie okna, ciemnozielone ściany, cisza. Hotel z charakterem. Taki trochę intelektualny.

Bez telewizora.

Podczas rezerwacji brzmiało to świetnie. Człowiek od razu widzi siebie z książką, może kieliszkiem wina, prowadzącego wieczorem inteligentną rozmowę o historii Nowej Anglii. Zapomnieliśmy tylko o jednym.

US Open.

I nagle cała nasza potrzeba intelektualnego wyciszenia dramatycznie osłabła. Dlatego zostawiamy książki, piękny pokój i ambitne plany kulturalne. Ruszamy do centrum Portland na poszukiwanie baru z telewizorem i transmisją.

Udało się !

I taki był ten dzień. Rano Harvard i cztery stulecia amerykańskiej historii. Potem plaże Atlantyku, małe miasta, znowu plaże i droga coraz dalej na północ. Po południu homar, który nie jest rybą, ale w piątek bardzo chce nią zostać. Wieczorem stan Maine i hotel bez telewizora w najgorszym możliwym momencie.

A nad tym wszystkim data, która przypomina, że podróżowanie to nie tylko oglądanie miejsc. Czasami wraca się również do własnych wspomnień.

Dwadzieścia sześć lat temu stałem wysoko nad Manhattanem i patrzyłem na śmigłowce latające pode mną. Rok później tych wież już nie było. Dzisiaj, 25 lat po 11 września, jedziemy przez spokojną Nową Anglię. Przy drogach amerykańskie flagi opuszczone do połowy masztu.

Ameryka pamięta.

My też.

Jesteśmy jednak na wakacjach , więc aby nie kończyć zbyt patetycznie, uprzejmie informuję , że z baru wyszliśmy jako ostatni. Jak za studenckich czasów. Już teraz wiem, że jutro będzie bardzo wymagającym dniem 🫢

Zostaw odpowiedź

O nas

Jesteśmy rodzinną redakcją. Nasi redaktorzy mieszkają i pracują w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Łączy nas uważne patrzenie na świat w czasach, gdy zmienia się on szybciej niż zdążamy go opisać. Obserwujemy. Wymieniamy się wiedzą. Piszemy bez agendy i bez reklam bo ten blog nigdy nie był o zarabianiu. Jest o rozumieniu.

Oglądaj nasz kanał na YouTube
1e561798-fbce-4e67-b403-b363891c53e8
Śledź nas na Instagramie

Szukaj

Uchwycone w drodze

Odkryj więcej z Mefromeurope

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej