„Regina, daj żyć. Weźmy taksówkę ! ” – wyrwało mi się po 3 godzinach marszu przez miasto. A dzień zaczął się tak pięknie …
Świt. Późny świt. Około południa ( położyliśmy się o piątej rano) pukanie do drzwi obudziło śpiących podróżników. ” Restaurant kaput” – powiedział kelner – ” eating here now” . Dwa talerze, no powiedzmy , że talerzyki, wylądowały na stoliku. ” Nu riebiata dawaj, dawaj” – rzucił jeszcze na pożegnanie i zniknął za drzwiami.
Dojrzewanie do myśli, że jesteśmy na starym mieście w Tbilisi, jest południe i prawdopodobnie od godziny czeka na nas już przewodnik, zabrała jednak parę chwil. Płaty czołowe coraz wolniej spełniają swoje zadanie i nie przewodzą tak szybko ładunków elektrycznych jak kiedyś. Co nie znaczy, że nie działają. Myślimy, lecz mniej stanowczo.
Śniadanie poszło nam w kilka chwil (talerzyki) i po chwili ( 30 min) byliśmy już gotowi. Wybiegając z pokoju pakowaliśmy jeszcze sprzęt fotograficzny i wpadliśmy na naszą przewodniczkę spokojnie oczekującą nas przed hotelem. Regina na co dzien jest nauczycielem w szkole polskiej w Tbilisi (!), lecz potrafi także pokazać, w jak pięknym mieście się urodziła i wychowała. Już po jakimś czasie okazało się, że oprocz inteligencji, oczytania, urody ma jedną cechę, której się nie spodziewaliśmy – jest wytrwałym piechurem, a miasto położone jest na wzgórzach.

Takie źródełka ratowały nas dzisiaj wiele razy, a jest ich tu bardzo wiele. W każdym parku, ale i w miejscach ukrytych, które znała Regina. A nie samą wodą człowiek żyje, więc na poźny lunch wybraliśmy się do piekarni zbudowanej w blaszanym garażu. Chleb był pyszny.
Przemaszerowaliśmy całe centrum Tbilisi. Połączenie pięknej architektury z potrzebami nowoczesnego stylu życia. Globalizacja w McDonaldzie i wypiek chleba metodami tradycyjnymi. Metro i piękne parki ze stadami facetów grającymi w szachy i karty na specjalnie przygotowanych stołach. Takie miasto mogłoby być i we Włoszech i we Francji. Nie ma tu morza, ale atmosfera miasta ma coś z miast śródziemnomorskich. Nie wiemy jeszcze dokładnie, co, ( nawet Adalbert nie wie, a wie wszystko) mamy jeszcze trochę czasu, aby potrafić te uczucie zdefiniować.

Pogoda dostarcza piękne temperatury i na chwilę schroniliśmy się w ormianskim kościółku z VII w.

Nigdy sami nie trafilibyśmy w takie rejony, które pokazała nam nasza przewodniczka.

W pewnym momencie musieliśmy prosić Reginę o łaskę. Wdrapanie się pod górę, groziło utratą szacunku dla siebie, więc wzięliśmy taksówkę. Cudem było, że trzydziestoletni grat wjechał na szczyt góry. Za to widoki warte były wysiłku naszego taksówkarza.





























































Zostaw odpowiedź